Wywiad ze Zbigniewem Zamachowskim. „Zamach” na porządne kino i seriale, czyli jak zachować dzisiaj siebie

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Zbigniew Zamachowski w łódzkim kinie Charlie
Zbigniew Zamachowski w łódzkim kinie Charlie Krzysztof Szymczak
O najnowszych filmach i serialach ze swoim udziałem, Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, niebagatelnej kolekcji płyt, głównie z muzyką filmową, audycji radiowej, Łodzi i podarowanym czasie Dariuszowi Pawłowskiemu opowiada Zbigniew Zamachowski, aktor filmowy i teatralny, lektor, piosenkarz, kompozytor muzyki oraz autor muzyki i tekstów piosenek, pedagog

45. jubileuszowy Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, który rozpocznie się 8 grudnia, przeniesiony został do internetu, zabraknie czerwonego dywanu. Pan ma szczególnie czego żałować, bo w Konkursie Głównym wydarzenia znalazły się aż trzy tytuły z Pana udziałem i to znaczącym. Jest szansa na nagrodę...

Myśli pan? Nie to, żebym się pchał na czerwone dywany, ale rzeczywiście w innych okolicznościach mógłbym stwierdzić, że to dla mnie wyłącznie dobry rok.

Do najbardziej znanych z tego grona widzom produkcji należy „Zieja” w reżyserii Roberta Glińskiego: opowieść o księdzu Janie Ziei, w której zagrał Pan oficera SB. Postać negatywną, w której odnalazł Pan ciepłe cechy. Przyjmując rolę oczekuje Pan takiej wielowarstwowości, czy już na tyle ufa własnym umiejętnościom i doświadczeniom, że zawsze się czegoś więcej „doskrobie”?

Przyznam, iż nie lubię sformułowania „aktor broni postaci”. Myślę, że - nieco upraszczając - aby zabrać się rzetelnie za zagranie jakiejś postaci, trzeba ją dogłębnie zrozumieć, a co za tym następuje - uczłowieczyć, wyposażyć w życiową prawdę. Nie sądzę, żeby ludzie byli wyłącznie źli, albo dobrzy- nawet ci, o których tak myślimy, mają swoją drugą stronę. Gdy dostałem tę rolę od Roberta Glińskiego, od razu wiedziałem, że warto się jej podjąć, chociażby dlatego, że nie wpisuje się w ciąg miłych facetów, których dane mi było zagrać. Zależało mi na tym, żeby major Grosicki nie okazał się tylko złem wcielonym, ale istotą było też starcie dwóch postaw, poglądów, ludzi, którzy do momentu spotkania szli odmiennych drogami. Mam wrażenie, że rzeczywiście udało się „uczłowieczyć” Grosickiego, co nie byłoby możliwe bez Roberta Glińskiego, ale i bez Andrzeja Seweryna, z którym miałem trzeci taki „pojedynek” aktorski. Najpierw spotkaliśmy się grając Don Juana i Sganarela w spektaklu Teatru Telewizji w reżyserii Leszka Wosiewicza, potem zagraliśmy u Teresy Kotlarczyk w filmie „Prymas. Trzy lata z tysiąca”, teraz jest „Zieja”.

Kolejny film to „Tarapaty 2” Marty Karwowskiej...

Kino familijne. Bardzo się cieszę, że udało mi się w nim zagrać, bo takich filmów jest w Polsce przeraźliwie mało.

...a trzeci film to „Sweat” Magnusa von Horna, łodzianina z wyboru, absolwenta łódzkiej Szkoły Filmowej sprzed kilku lat.

I część zdjęć kręciliśmy w Łodzi. To niezwykłe kino i szkoda, że ten film nie namieszał tak, jakby mógł w innych warunkach, został przecież zakwalifikowany do festiwalu w Cannes. Takiego roku, w którym mógłbym się pochwalić trzema tak różnymi filmami dawno już nie miałem. Mam satysfakcję, że widzom o sobie przypomniałem i gdyby nie pandemia, cieszyłbym się jeszcze bardziej, bo poprzedni rok był dla mnie wręcz znakomity.

Ponieważ?

Bo zagrałem w sumie w siedmiu filmach, w tym jednym niemieckim. Zdarza mi się co kilka lat występować produkcjach niemieckiej kinematografii, jednak te filmy raczej do nas nie docierają, a szkoda.

Właśnie też zszedł Pan z planu film „8 rzeczy, których nie wiecie o facetach”, kontynuacji komedii sprzed kilku lat. I znowu odmienny gatunek.

Skończyliśmy zdjęcia na początku listopada, sam jestem ciekaw, co z tego wyszło, bo z sequelami różnie bywa, ciężko dogonić pierwowzór. Mam nadzieję, że zadowolimy tych, którym podobała się pierwsza część. Premiera planowana była na styczeń, ale teraz nie wiem, kiedy to będzie możliwe. To nie jest oczywiście kino szalenie odkrywcze, ale w swoim gatunku, moim zdaniem, daje radę. Pierwszy scenariusz powstał na bazie niemieckiego filmu, który nosił tytuł „Męskie serca”. Takiż i nasz film pierwotnie miał tytuł, ale z powodów, które zawsze mnie zadziwiają, postanowiono go „ulepszyć”.

Sytuacja jest taka, że dzisiaj o sobie nie wiemy chyba znacznie więcej rzeczy niż tylko osiem.

W ogóle o człowieku, okazuje się, wiemy niewiele. Zamknęliśmy się w domach i będziemy wiedzieli jeszcze mniej. Dlatego może takie właśnie filmy, które są komediami (ale nie tylko rozrywką dla rozrywki, czego nie lubię), są teraz szczególnie potrzebne, byśmy mogli się uśmiechnąć i złapać dystans do siebie.

Czyli okazuje się, że mimo pandemii na brak zajęć nie może Pan narzekać?

Na całe szczęście. Udało mi się też zagrać w dwóch serialach. Pierwszy, dla Netfliksa, to „Sexify”. Śmieszna historia, ale niegłupia. Głównymi bohaterkami są trzy dziewczyny, które próbują żyć po swojemu. Słowo „sexy” nie jest też w tytule przez przypadek. Drugi serial to „Rysa” dla AXN na podstawie kryminalnych powieści Igora Brejdyganta. Świetnie napisany scenariusz, który mnie wciągnął, choć jako czytelnik nie jestem zwolennikiem kryminałów. Jednak praca przy tym przedsięwzięciu była fantastyczna i ciekawa. O mojej roli nie mogę dużo powiedzieć, bo związany jest z nią poważny suspens. Dla mnie to była jeszcze z tego powodu przyjemność, że dotychczas miałem niewiele kryminałów w aktorskim dorobku.

Czyli zbrodniarz, czy ten, co ściga zbrodniarzy?

Ha, no właśnie, w tym tkwi tajemnica. Ale jak powiem, że mamy tu dwa w jednym, to coś już będzie wiadomo... Dodam, że znakomicie mi się grało z Julią Kijowską, która występuje w głównej roli. Spotkania z takimi partnerami to wielka przyjemność.

Nie był Pan kojarzony jako aktor serialowy. Co Pana zatem przekonało, by teraz wziąć udział w aż dwóch takich produkcjach?

Czasy. Robi się teraz mniej filmów, kosztem właśnie seriali. Ale ważne jest dla mnie to, że te seriale charakteryzują się dziś wysoką jakością, są właściwie filmami rozrośniętymi do rozmiarów serialu. Rzetelność realizacyjna jest taka sama jak w filmie, zatem nie ma obecnie powodu, żeby się odżegnywać od seriali. Dzięki światowym platformom streamingowym widz przyzwyczaił się już do takiego poziomu i oczekuje go również od produkcji rodzimych. Nie ma to już nic wspólnego z telewizyjnymi „tasiemcami”, które gdy się rozpoczną, to nie wiedzą, kiedy się mają skończyć. Ale proszę też pamiętać, że mój zawód jest rzemiosłem, z którego się utrzymuję, więc nie można się od niczego odżegnywać. Mam to szczęście, że mogę sobie pozwolić na dokonywanie wyborów. Ale nie jestem w tej pracy ideologiem czy nosicielem misji. To samo zresztą przekazuję moim studentom, że nie mam problemów z wzięciem udziału w najrozmaitszych przedsięwzięciach, od reklamy po serial, pod warunkiem, że wedle moich kryteriów spełniają przynajmniej minimalne warunki zachowania osobistej i zawodowej godności.

Wiele się chyba zmieniło w pańskim zawodzie od czasów „Wielkiej majówki”. Można odnieść wrażenie, że wtedy był to jednak fach bardziej romantyczny. Dziś bliżej mu do dżungli...

To rzeczywiście różne rzeczywistości, choć ten romantyzm i wtedy miał różne odcienie (uśmiech). Świat, w którym zaczynałem pracę jako aktor, a współczesność, jak i świat, w którym się urodziłem i czas towarzyszący mi obecnie, to zupełnie odmienne okoliczności. Moja wyobraźnia - i sądzę, że nie jestem w tym odosobniony - w tamtych czasach nie była w stanie wygenerować obrazów czasów, w których teraz żyjemy. To, co sobie stworzyliśmy, skutkuje oczywiście również tym, że zawód, który uprawiam i warunki istnienia w nim znacząco się zmieniły.

Odkładając aktorstwo, proszę powiedzieć o jeszcze jednej aktywności ostatnich miesięcy, czyli audycji „Zamach na dziesiątą muzę”, w Radiu Nowy Świat. Jak aktor, który przecież naturalnie zabiega o rozpoznawalność swojej twarzy, przyjmuje sytuację, w której jedynie rozmawia ze swoimi słuchaczami, musi przekonać do siebie i zainteresować głosem?

O tej sytuacji moglibyśmy rozmawiać w kilku aspektach. Naprawdę lubię różne wyzwania, które są dla mnie nowe, a którym zarazem- może myśląc brawurowo- jak się zdaje, jestem w stanie podołać. Tego zadania podjąłem się z wielką przyjemnością, przede wszystkim dlatego, że temat audycji, czyli muzyka filmowa, jest mi niezwykle bliska. Nie boję się nawet powiedzieć, że w tym zakresie czuję się kompetentny. Odkąd zarabiałem pierwsze pieniądze w zawodzie aktora, to moimi jedynymi „ekstrasami” w szarym socjalizmie były płyty, w większości z muzyką filmową. Kiedy już po ukończeniu łódzkiej Szkoły Filmowej, w 1985 roku wylądowałem w warszawskim Teatrze Studio, pod wodzą Jerzego Grzegorzewskiego, to zaczęliśmy dużo jeździć po świecie. I tak zwany diety, które otrzymywałem, również wydawałem na płyty. Obecnie więc zbiór moich płyt to około dwa i pół tysiąca tytułów, z czego przynajmniej połowa to albumy z muzyką filmową. A w tej chwili dotarcie do jakiejkolwiek muzyki nie stanowi żadnego problemu. Wspomniana przez pana praca głosem to kolejna przyczyna mojego zaangażowania w tę audycję. Otóż - i wcale teraz nie kokietuję - kiedy dla młodego pokolenia moja twarz przestała być rozpoznawalna, ponieważ nie bywam w telewizji poza powtórkami, a bardzo się przecież zmieniłem, to, szczególnie dzieciaki, zaczęły mnie rozpoznawać właśnie po głosie. Oczywiście, przede wszystkim dzięki „Shrekowi”, „Ratatujowi” czy drugiej części „Kota Garfielda”. To jest z jednej strony zabawne, ale z drugiej cudne. Poza wszystkim miałem już wcześnie z radiem do czynienia, choć w innej formie. Przecież byłem przez wiele lat głosem radiowej Trójki, świętej pamięci. Nagrywałem też powieści dla Drugiego Programu Polskiego Radia, w radiowych studiach realizowałem słuchowiska, audiobooki. Radio zatem bardzo lubię i prowadzenie własnej audycji z muzyką filmową okazało się odświeżającą dla mnie przygodą. Od dłuższego czasu mam swój recital, z którym jeżdzę po Polsce i tam są fragmenty, w których rozmawiam z publicznością, a to, o czym mówimy zależy od dnia, nastroju, wydarzeń i miejsca. I to jest znakomita szkoła, którą mogę wykorzystać w radiu. Nie da się ukryć, że radiowym „Zamachem” jestem teraz nakręcony.

Marek Niedźwiecki, Marek Sierocki czy Marcin Kydryński wydają serię płyt z radiowymi składankami. Czas może i na Zbigniewa Zamachowskiego?

Cóż, ja takich płyt składankowych, zanim panowie zaczęli przygotowywać swoje, wydałem ze dwadzieścia (śmiech). Stąd utwory i ich kolejność, które prezentuję podczas dwugodzinnej audycji, nie są przypadkowe. Zacząłem robić to z praktycznego powodu. Tak jak mój przyjaciel, a obecnie rektor w warszawskiej Akademii Teatralnej, gdzie pracuję ze studentami, Wojciech Malajkat, czyta hurtowo książki, tak ja hurtowo słucham muzyki. I w różne podróże, a sporo jeżdżę samochodem, zabierałem ze sobą jakieś tony płyt. Potem okazywało się, że z każdej z nich słucham dwóch, trzech utworów i wyjmuję kolejną. Więcej zabiegów wymagało wymienianie krążków w odtwarzaczu, niż ich odsłuchiwanie. Gdy więc odkryłem możliwości komputerów, zacząłem wytwarzać własne składanki. A ponieważ w większości są to utwory spokojne, które dobrze mi robią na psychikę, owe albumy nazywam „Snujami”. I tych własnych „Snujów” mam już na pewno ponad dwadzieścia. Konstruowaniem składanek zaraziłem również moje dzieciaki i od nich dostałem multum płyt. Wymieniamy się więc swoimi wyborami i nawzajem inspirujemy, a także odkrywamy przed sobą własne muzyczne światy. To jeszcze jedno zajęcie, które pozwala mi nie stetryczeć.

Czy dzięki takim działaniom udaje się nie myśleć o tym dziwnym, pandemicznym momencie dziejów, z którym się zmagamy?

Oczywiście, nie da się o tym nie myśleć, nie da się tego ominąć. Ale rzeczywiście udaje mi się od tego „odłączać”. Nierzadko wychodzę z domu i dopiero po chwili uświadamiam sobie, że nie mam maseczki. Zapominam o tym. Co oznacza, że w środku, w głowie, jestem cały czas w tym, co teraz nazywamy normalnością. I to chyba dobrze mimo wszystko. Staram się przy tym znaleźć, i znajduję, pozytywy tej sytuacji. I, rzecz jasna, nie odnoszę się tu w żaden sposób do zagrożenia zdrowia i życia, bo to naprawdę bardzo poważny stan. Natomiast mam teraz więcej czasu, którego mi ciągle brakowało i nawet przed rokiem w jakiejś rozmowie powiedziałem, że chciałbym, aby meteor trzasnął w główny serwer tego świata i sprawił, że zwolnimy. Bo nie wyrabiam, a muszę uczestniczyć w tym świecie na jego warunkach, ponieważ nie stać mnie, by się z niego wypisać. Z tego czasu, który dostałem, w pełni korzystam. Czytam książki i oglądam filmy, na które właśnie nie miałem czasu. Myślę, że znoszę ten moment nie najgorzej, licząc, iż on szybko minie.

W Łodzi i regionie ciągle traktujemy Pana jako naszego człowieka...

Bardzo słusznie, bo tak się czuję.

Czyli ciągle wraca Pan tu, jak do domu, czy dom jest bardziej w Warszawie?

I tu, i tam czuję się już dobrze. To jest stan, który się chyba nabywa. Mieszkając trzydzieści pięć lat w Warszawie, czuję się już warszawianinem, natomiast jednakowoż zaadaptowanym przez to miasto. Polubiłem je, odkrywam je ciągle, uczę się. I to dosłownie. Od wielu lat kupuję miesięcznik „Skarpa” o architekturze Warszawy, co bardzo mnie interesuje. Ale, gdy tylko wjeżdżam do Łodzi, albo do rodzinnych Brzezin, odwiedzając moją mamę, to od razu czuję, że jestem w domu. Niezmiernie mnie cieszy, gdy przyjeżdżając do Łodzi widzę tu ciągle coś nowego. To jest dziwne miasto, trudne, ciągle poszukujące swojej nowej tożsamości, którą musiało odbudować po przemianach przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy przestało być miastem włókienniczym. To niezmiennie fascynujące miasto. I mogę jeszcze jedno?

Bardzo proszę...

Pozdrawiam „Dziennik Łódzki” wyjątkowo. Ponieważ ta gazeta, jak i dawny „Głos Robotniczy”, kojarzą mi się z najpiękniejszym domem rodzinnym dzieciństwa. Moja mama zawsze czytała „Dziennik Łódzki” i pewnie teraz ucieszy się, że mnie w nim znajdzie.

Jesienna turystyka w Polsce

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie