Zabójstwa, o których się nie zapomina: dzieciobójczyni, wampir z Łodzi, tajemnicza sprawa łódzkiej licealistki. Pitaval łódzki

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Piotr Krzyżanowski
Tymi zabójstwami żyła kiedyś cała Łódź. Po latach ich historię przypominaliśmy na łamach „Kocham Łódź”.

PITAVAL ŁÓDZKI NAJSTRASZNIEJSZE ZBRODNIE

WAMPIR Z ŁODZI

Ferdynanda Grüninga nazwano „wampirem” z Łodzi. Mordował i gwałcił. Pierwszej zbrodni dokonał w maju 1934 roku. Na placu przy ul. Aleksandrowskiej w Zgierzu bawiła się grupka chłopców. Podszedł do nich starszy mężczyzna. W ręku trzymał skrzynkę z narzędziami blacharskimi. Usiadł na kamieniu i przyglądał się dzieciom. Po kilku minutach zawołał jednego z chłopców. Był to Tadeusz Kuczyński.

- Jak odprowadzisz mnie do tramwaju to dam ci parę groszy - zaproponował dziecku. Tadek odmówił. Wtedy mężczyzna tę propozycję złożył 11-letniemu Józiowi. Ten szybko się zgodził. Za odprowadzenie nieznajomego miał dostać 50 groszy. Po tym ślad po Józiu zaginął. Po sześciu tygodniach we wsi Piaskowice Pieńki (dziś to część Zgierza) rolnik znalazł ludzkie szczątki. Obok nich leżała czapka z napisem „Józef Chodobiński, klasa IV”.

Policji udało się ustalić tylko, że mężczyzna, z którym odszedł chłopiec, był wędrownym blacharzem. Po czterech latach od tej zbrodni w Piotrkowie, w pobliżu mostu kolejowego, wędrowny blacharz ciężko ranił, a następnie zgwałcił 8-letnią Lucynę Górę. Dziecko ledwo przeżyło... Policja znów nie trafiła na ślad mordercy. W październiku 1938 roku do sołtysa Kościuszkowa pod Kutnem zgłosił się wędrowny blacharz. Szukał noclegu. Skierowano go do jednego z mieszkańców wsi, który nazywał się Bembnista. W tym czasie do sołtysa przyszły 9-letnia Władzia Bagrowska i jej rówieśniczka Kazia Stasiak. Blacharz zaczął z nimi rozmawiać. Mówił, że zajmuje się lutowaniem garnków. - Mamy w domu dużo takich, które potrzebują lutowania - powiedziała mu Władzia. Blacharz stwierdził, że chętnie odwiedzi jej dom.

Co jedzą więźniowie? Okazuje się, że posiłki dla osadzonych wcale nie są monotonne. Więźniowie mają urozmaiconą dietę, mogą liczyć na potrawy kuchni wegetariańskiej a także specjalne diety wyznaniowe. Zobacz na kolejnych slajdach  tygodniowy jadłospis osadzonych w łódzkim areszcie śledczym przy ul. Smutnej

Co jedzą więźniowie? Mają m.in. posiłki wegetariańskie. Oto ...

Około godziny 19 zgłosił się do Bembnisty, u którego miał nocować. Poprosił o wodę, bo chciał umyć ręce. Rolnik zauważył, że są zakrwawione. Pomyślał, że blacharz zranił się przy pracy. Dochodziła 22, gdy ojciec Władzi Bagrowskiej zaczął poszukiwania córki. Ślady zaprowadziły go do Bembnisty. Wraz z sołtysem obudzili blacharza. Okazało się, że pochodzi z Łodzi i nazywa się Ferdynand Grüning. Twierdził, że nie wie co stało się z dziewczynką. Mężczyźni zauważyli jednak ślady krwi na jego ubraniu. Zawołali policję. Ferdynand początkowo twierdził, że nie wie co stało się z Władzią. Po kilku godzinach przesłuchań przyznał, że zabił dziewczynkę. Pokazał miejsce, gdzie zakopał jej ciało. - Odczuwałem potrzebę jej zamordowania - tłumaczył.

Policjanci przypomnieli sobie blacharza, który zabił w Zgierzu Józia Chudobińskiego, a potem w Piotrkowie napadł na Lucynkę Górę. Sposób działania był taki jak w przypadku zabójstwa Władzi. Ferdynand Grüning zaprzeczał jednak, że ma coś wspólnego z tamtymi zbrodniami. Mówił, że wtedy siedział w więzieniu. Rzeczywiście w czasie zabójstwa Józia powinien był w zakładzie karnym. Trafił tam za zbrodnię popełnioną w 1926 roku w Turku. Zamordował i zgwałcił 7-letnią Irenę Erentzównę. Za to zabójstwo sąd w Kaliszu skazał go na dożywocie. W drugiej instancji sąd zmniejszył mu karę do 12 lat.

Policjanci zajmujący się sprawą zabójstwa Władzi Bagrowskiej dostrzegli ważną rzecz. Grüning zachorował w więzieniu na oczy. Otrzymał roczny urlop na poratowanie zdrowia. Zaraz po wyjściu z więzienia zamordował Józia...

Na początku 1939 roku Ferdynand Grüning odpowiadał przed Sądem Wojewódzkim w Łodzi za dwa morderstwa i jedno usiłowanie zabójstwa. Został skazany na karę śmierci.

Zabiła córkę, bo przeszkadzała

Dziś Marię Zajdlową nazywa się pierwowzorem Katarzyny Waśniewskiej. Też zamordowała swoją córkę, bo... przeszkadzała jej normalnie żyć. Pod koniec stycznia 1938 roku na komendę policji w Łodzi zgłosiła się 30-letnia Maria Zajdlowa, wdowa, z zawodu hafciarka. Powiedziała, że zaginęła jej córka, 12-letnia Zosia. Wcześniej miała dostać list z pogróżkam, że ktoś chce zabić jej córkę. Miała to być zemsta nieprzyjaciół jej zmarłego w 1930 roku męża Leonarda. Po jakimś czasie stwierdziła, że dostała kolejny anonim. Napisano, że musi opuścić dom: „Zosia została zamordowana, a jej ciało ukryto”.

Początkowo łódzcy policjanci współczuli Marii. Jednak z czasem udali się do domu Zajdlowej na Bałuty. Pojawiło się podejrzenie, że może Zosia uciekła z domu i pozostawiła list. Takiego nie znaleziono, ale zobaczyli zakrwawioną pościel i... anonimy. Od razu można było zauważyć, że pisała je te sama osoba. Policjanci byli już niemal pewni, że Zosia nie żyje. Przeszukali dół kloaczny na podwórku. W nim znajdowały się nagie zwłoki dziewczynki. Marię Zajdelową zatrzymano. Do aresztu trafił też jej kochanek, 27-letni Stanisław Gibki, z zawodu muzyk - harmonista, a także przyjaciółka Marii, właścicielka sklepu spożywczego przy ul. Chopina.

Byli podejrzani o udział w zbrodni. Po zatrzymaniu powiedziano Zajdlowej, że to ona pisała anonimy. Nie przyznawała się, mdlała, a w końcu zaczęła zeznawać. Powiedziała, że zamordowała Zosię. Mąż Zajdlowej osiem lat wcześniej. Leonarda poznała, gdy była dziewczyną. Miała 16 lat, gdy za niego wyszła. Po siedmiu miesiącach na świat przyszła Zosia. Zajdlowa urodziła jeszcze młodszą córkę, ale ta zmarła po porodzie. Maria nie cieszyła się długo małżeństwem z Leonardem. Miała 22 lata gdy została wdową. Sama wychowywała Zosię. Trzy lata przed tragedią przeprowadziły się na ul. Chopina. Maria chciała sobie ułożyć na nowo życie. Pojawiali się w nim mężczyźni. Zosi nie podobał się taki tryb życia matki. Sąsiedzi opowiadali, że Zosia była grzeczną, inteligentną i pracowitą dziewczynką. Pomagała matce w hafcie. Ale ta zaniedbywała córkę.

- Nie raz czekała na schodach aż rozbawiona męskim towarzystwem matka wpuści ją do domu - odpowiadali sąsiedzi dziennikarzom „Kuriera Łódzkiego”. Nie raz noc spędzała u sąsiadów. Inni nie zapomnieli jednego z Bożych Narodzeń kiedy żaliła się, że nie dostała żadnego prezentu tylko „wujek” ubrał choinkę...

Inny obraz swej córki przedstawiała policjantom i sędziemu Maria. Twierdziła, że dziewczyna była nieposłuszna, dokuczała matce. Nie podobało się jej, że do domu sprowadza mężczyzn. Córka była też przeszkodą w ułożeniu przez nią życia. Stanisław Gibki, z którym była związana, miał powiedzieć, że nie ożeni się z nią, bo ma Zosię. W śledztwie Maria Zajdel przyznała się do zabójstwa córki. Stwierdziła, że Gibki i Stefaniakówna nie mieli nic wspólnego bezpośrednio z zabójstwem. Choć jej zdaniem podżegali ją do niego. Mówili, że córka jest nieznośna, przez nią nie ułoży sobie życia z mężczyzną. Potem zmieniła zeznania i stwierdziła, że córkę zabił Gibki. Byli w trójkę w domu, a ona musiała wyjść do apteki. Kiedy wróciła Staszek był sam. Nie wiedział co się stało z Zosią. W końcu jeszcze raz zmieniła zeznania i przyznała się do zabójstwa córki.

26 lutego 1938 roku Zosia wróciła ze szkoły. Według zeznań matki zjadły obiad. Potem córka zaczęła odrabiać lekcje. Prosiła też Marię, by puściła ją do babci, która mieszkała na ul. Jasnej. Matka powiedziała, że ma zostać w domu. Miały dokończyć jakieś hafty. Dziewczynka zaczęła płakać. Wzięła książkę i położyła się do łóżka. Maria zaś wyszła do apteki po proszek, bo bolały ją zęby. Wychodząc zgasiła światło. Kiedy wróciła światło dalej się nie paliło, a Zosia płakała.

- Mama robi mi na złość i gasi światło - powiedziała z wyrzutem Zosia. Te słowa bardzo zdenerwowały Marię.

- Ja tu jeszcze rządzę, nie masz nic do gadania - odpowiedziała córce. Po chwili chwyciła młotek i rzuciła nim w Zosię. Przed sądem mówiła, że nie wiedziała co robi. Dziewczynka uklękła na łóżku i wyciągnęła w jej kierunku ręce. Chwyciła je za nie i przytuliła. Opowiadała, że ogarnięta jakiś szałem zaczęła dusić dziewczynkę. Zosia opierała się, ale po chwili opór ustał.

- Domyśliłam się, że to trup- mówiła na sali sądowej, na której zapadła cisza. - Przelękłam się. Chciałam za wszelką cenę usunąć ciało. Wyniosłam je na dwór. Bardzo się bałam. Zatrzymałam się przed kloaką. Oparłam worek. Zwłoki wpadły do otworu. Usłyszałam chlust. Uciekłam nie oglądając się za siebie. Nie wiedziałam co się stało. Cały czas miałam wrażenie, że Zosia wyszła i zaraz wróci... Sąd skazał ją na dożywotnie więzienie. Gdy ogłaszano wyrok rozległ się płacz matki i sióstr skazanej.

ZOBACZ INNE ARTYKUŁY

Prezydent zginął. Nie dał pracy

Marian Cynarski był drugim, po odzyskaniu niepodległości, prezydentem Łodzi. Związany ze Związkiem Narodowo-Ludowym. 14 kwietnia 1927 roku, kilka dni przed Wielkanocą, ukazały się specjalne dodatki łódzkich gazet, które donosiły o makabrycznej zbrodni, do której doszło na ul. Andrzeja 4. Dochodziła 11.00, gdy mieszkający na pierwszym piętrze kamienicy dr Sołowiejczyk, dbający o zdrowie rodziny Cynarskich, usłyszał krzyk: „Złodziej!”.

- Głos był zdławiony - zeznawał potem doktor. Lekarz w ciągu kilku sekund był przy Marianie Cynarskim. Siedział na schodach oparty o ścianę. Jedną ręką przyciskał teczkę, drugą swoją pierś. Lekarz zauważył, że prezydent był „trupioblady i nieprzytomny”. Kiedy rozpiął mu palto zobaczył głęboką ranę brzucha. Po dwóch minutach nie dawał oznak życia. Sąsiedzi wnieśli jego ciało do mieszkania. 17 kwietnia, w wielkanocną niedzielę, dzień przed pogrzebem prezydenta Cynarskiego, ujęto jego zabójców. Policja trafiła na ich ślad dzięki konfidentom. Zabójcami okazali się 25-letni Adam Walaszczyk oraz 21-letni Kazimierz Rydzewski.

Walaszczyk tłumaczył, że stracił pracę przy robotach publicznych. O pomoc w znalezieniu zatrudnienia prosił wiceprezydenta Łodzi Wiktora Groszkowskiego. Kilka go razy go nachodził w magistracie, przed domem. Groszkowski miał mu odmówić i powiedzieć, że powinien szukać pomocy wyżej. Wtedy Adam Walaszczyk postanowił udać się do prezydenta Łodzi Mariana Cynarskiego. Dowiedział się, gdzie mieszka i czekał na niego przed kamienica. Poprosił go pracę. Prezydent powiedział mu, że nie udzieli mu informacji, bo takie sprawy załatwia się w magistracie. Walaszczyk nie ustępował. Na drugi dzień znów pojawił się w przy ul. Andrzeja. Przed sądem zeznał, że gdy zobaczył prezydenta, to upadł przed nim na kolana i zaczął błagać o pracę. Marian Cynarski miał go szorstko odepchnąć.

- Popamiętasz mnie jeszcze, nie daruję ci! - wtedy Adam Walaszczyk przysiągł zemstę na prezydencie Łodzi. Potem spotkał Kazika Rydzewskiego. Umówili się, że razem zabiją prezydenta. Przed atakiem wypili pół litra. Następnie przy ul. Andrzeja zaczaili się na klatce schodowej. Walaszczyk zeznawał, że bardzo się denerwował, cały drżał, ale Rydzewski kazał mu się trzymać. Nagle na schodach pojawił się prezydent. Kazik krzyknął do Adama: „szykuj się!”. Sam podskoczył do Cynarskiego i chwycił go za rękę, by nie wyciągnął pistoletu. Walaszczyk podbiegł do prezydenta i zadał mu cios w brzuch. Po chwili obaj bandyci zaczęli uciekać. Sąd skazał Adama Walaszczyka na karę śmierci przez rozstrzelanie. Prezydent RP nie skorzystał z prawa łaski. Kazimierza Rydzewskiego skazano na dożywocie.

Zabójstwo syna króla Widzewa

26-letni Albert Kon był najmłodszym synem bogatego łódzkiego Żyda Oskara Kona. Urodził się w 1902 roku. Został dyrektorem w należącej do Oskara Widzewskiej Manufaktury, ale ulubieniec ojca nie miał zdolności kierowniczych. Był za to wyniosły, drażliwy, konfliktowy. Z pogardą traktował robotników. Co rusz w fabryce dochodziło do konfliktów. Najmłodszy Kon uchodził też za podrywacza, był stałym bywalcem łódzkich lokali. Wieczorem 31 stycznia 1929 roku Albert wracał z fabryki do domu przy ul. Targowej 61. Wysiadł z tramwaju i udał się w głąb tej ulicy.

Przed progiem pałacu ojca padły w jego kierunku strzały. Został ciężko raniony w brzuch. Albertowi udało się chwycił broń i oddał w kierunku napastnika sześć strzałów. Rannego Oskara przeprowadzono do domu. Dyrektor był na wpół przytomny. - To strzelał Ciesiński, poznałem go - miał powiedzieć przed utratą przytomności. Najmłodszy z Konów zmarł w szpitalu. A zaraz po strzelaninie na posterunku policji przy u. Kilińskiego pojawił się ranny mężczyzna.

- Zabiłem Kona z Widzewa- miał powiedzieć policjantom. Przewieziono go do szpitala św. Józefa. Zabójcą Alberta Kona okazał się 21-letni Edward Ciesiński. Miał przestrzelone jelita. Ustalono, że przyczyną tragedii była zemsta. Ciesiński pracował w Widzewskiej Manufakturze. Pracę dostał dzięki szwagrowi, który był w tej fabryce kierownikiem przędzalni. Miał sprawić, że Edward zaczął robić w fabryce szybką karierę. Został majstrem. Ale szwagier odszedł z Widzewskiej Manufaktury, a Ciesińskiego zaliczono do kategorii „praktykantów”. Dyrekcja fabryki uznała, że niedbale spełnia obowiązki i został zwolniony. Wymówienie Edward Ciesiński dostał trzy tygodnie przed tragedią. Odpowiedzialnością obarczył Alberta Kona.

Po zwolnieniu przyszedł do fabryki po świadectwo pracy. Napisano na nim, że pracował dwa lata jako praktykant. Ciesiński zaczął protestować. Tłumaczył, że był majstrem. Oburzony odwiedził dyrektora Kona. Ten nie chciał zmienić świadectwa pracy. - Czekaj pan, ja się z panem jeszcze porachuję - miał powiedzieć Ciesiński wychodząc z gabinetu Kona.

Co się stało z Magdą?

Zabójstwo Magdy Sobczak, łódzkiej licealistki, to jedna z najbardziej tajemniczych spraw. Mimo że do morderstwa doszło na początku lat 60. minionego wieku, to dalej wspominają o niej łodzianie. Sobczakowie byli znaną w Łodzi rodziną. Mieszkali w nieistniejącej już dziś kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 161. Stanisław prowadził zakład cukierniczy przy Gdańskiej, który produkował m. in. czekoladki. W Wielkanoc 1962 roku Sobczakowie wyjechali do Zakopanego. W domu została Magda. W wtorek rano miała pojechać ze swoim hufcem na wycieczkę do podłódzkich lasów.

Kiedy o 7.00 rano Ania, koleżanka Magdy, zadzwoniła niej, żeby przypomnieć jej aby wzięła aparat fotograficzny, nikt nie podnosił słuchawki. Potem poszła do mieszkania Sobczaków, ale nikt nie otworzył drzwi. Na podłodze leżały szczątki potłuczonego wazonu. Na stole stało jedzenie, pewnie po świątecznym przyjęciu. Jedno krzesło było przewrócone. Obok leżały zwłoki Magdy. Jej twarz i piersi były przykryte poduszką. Po mieście zaczęły krążyć różne plotki na temat zabójstwa. Stanisław Sobczak przyjechał do Łodzi po wojnie z Warszawy.

Nie wiadomo co robił podczas okupacji. Mówił, że zajmował się handlem. Pojawiały się plotki, że to morderstwo to zemsta za wojenne czasy. Jedną z szeptanych wersji dotyczącą motywów tego zabójstwa było też to, że za sprawą stała Służba Bezpieczeństwa. Sobczak był bogaty, a swego majątku nie trzymał w banku. Po zabójstwie stwierdził, że nic nie zginęło w domu. Ani biżuteria, ani drogie futra, ani siedemdziesiąt pięć pięćdziesięciozłotowych banknotów. Ale miał podobno tzw. świnki, czyli złote monety pięciorublowe. I to „świnki” miały zniknąć z jego mieszkania po morderstwie córki. Gdyby się przyznał do ich posiadania miałby duże kłopoty.

Jedna z hipotez mówi, że po złoto przyszło SB. Kolejna, że powodem morderstwa była odrzucona przez Magdę Sobczak miłość. Inna, że był to mord rabunkowy. W maju 1963 r. ojciec Magdy wyznaczył 250 tysięcy zł nagrody za wykrycie mordercy. Nie pomogło. 6 listopada 1963 roku umorzono śledztwo.

Ćwiczenia WOT w pasie przygranicznym z Białorusią

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jacek
Z perspektywy czasu widac jak mało wazne są stanowiska ,złote świnki ,czy nie spełnione miłostki .Tylko czas jako najsprawiedliwszy sędzia wymazuje wszystko z tego świata . I te zle uczynki , urodę ,bogactwo cierpienie itd wszystko nic to wobec czasu . Dla nas takie informacje dzisiaj niewiele znaczą ot takie tam info . A wtedy kryło się za tym tyle nieszczęścia . Ile przed Nami jeszcze ważnych spraw .
i
i tyle!
;-(
B
Bedwa
Ciekawe rzeczy, ale artykuł napisany tak niechlujnie, że aż oczy bolą.
T
Trollo
Był niezły pitaval!
P
PiSdollo
Kretynollo
Dodaj ogłoszenie