Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Bieda przychodzi nagle i na utrzymanie rodziny zostaje tylko tysiąc złotych

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Minimalna pensja, najniższa renta czy emerytura. Jak przeżyć, kiedy brakuje do pierwszego...

Bożena od trzech lat jest wdową. Po śmierci męża została sama z dwójką dzieci. Kamil ma 13 lat, a Paweł będzie w tym roku obchodził osiemnastkę. Uczy się w technikum.

- Po śmierci męża dostaliśmy rentę rodzinną, 1100 złotych na mnie i synów - opowiada Bożena. - Pracuję na jedną czwartą etatu jako sprzątaczka. Tyle że teraz jestem na zwolnieniu, bo upadłam w autobusie i mam uraz kręgosłupa. A zbliża się Wielkanoc i mogłam sobie dorobić myciem okien, sprzątaniem... Boję się myśleć, jak będą wyglądały u nas święta w tym roku.

Bożena mówi, że miesięcznie ich trójka ma na utrzymanie w sumie około 1700 - 1800 złotych. A trzeba zapłacić za mieszkanie, prąd, kupić co jakiś czas butlę z gazem. Dodatkowo Kamil jest alergikiem i choruje na astmę, leki, które musi brać codziennie, sporo kosztują.

- A chłopaki rosną, co chwilę trzeba kupić buty, kurtkę - mówi Bożena. -Apetyt też im dopisuje. Bochenek chleba to jeden potrafi zjeść na raz!

Bożena mówi, że jej świat zawalił się po śmierci męża, choć i jak on żył, nie było łatwo. - Ale przez pewien czas mieliśmy te dwie pensje - dodaje. - Mąż pracował w ochronie, więc dużo nie zarabiał, ale zawsze przynosił pieniądze do domu. Choć ja przez trzy pierwsze lata życia Kamila nie pracowałam. Potem mąż zachorował...

Bożena opowiada, że Marek od dłuższego czasu źle się czuł, ale nie chciał iść do lekarza. W końcu było tak źle, że wylądował w szpitalu. Stwierdzono raka płuc i umarł.

- Miał 50 lat - mówi Bożena. - Zostałam sama z dziećmi, ale nie mogę się poddawać, muszę sobie radzić. Na szczęście należę do tego pokolenia, która jeszcze potrafi sobie poradzić. Biorę przykład z mamy. Wychowała trójkę dzieci, a z pieniędzmi też było krucho. Mama pracowała na zmiany w Zakładach Przemysłu Bawełnianego „Pamotex” w Pabianicach. Na ojca nie mogła liczyć, bo był alkoholikiem. Ja też jestem zdana tylko na siebie.

Bożena często korzysta z przepisów mamy. Nie stać jej, by codziennie dać na obiad chłopcom mięso, więc przyznaje, że kombinuje, jak może.

- Robię więc oszukaną jajecznicę - opowiada o jadłospisie swojej rodziny. - Zamiast pięciu jajek biorę trzy. Dodaje mąki, wody i czasem wrzucam trochę słoniny. Powstaje taka papka, ale chłopaki się tym najedzą. Często robię naleśniki. Kamil i Paweł potrafią zjeść po 10 - 12 sztuk, przepadają za nimi. No i jeszcze gotuję dla nich makaron, też według przepisu mamy. Podsmażam go na patelni, dodaję cebulę, trochę kiełbasy, sera topionego. Potem polewam keczupem i jest smaczna potrawa. Mięso jemy raz, czasem dwa razy w tygodniu. Zwykle to mielone, bo jest najtańsze. Chłopaki potrafią zjeść od razu po trzy kotlety. Czasem to dla nich i tak mało. Często piekę drożdżowe ciasto. Nie jest takie drogie. A moi chłopcy taką blachę ciasta zjadają w ciągu godziny.

Bożena jeszcze nie wie, jak spędzi Wielkanoc, ale nie wyobraża sobie, żeby w te święta zabrakło na stole białej kiełbasy i jajek. Może uda się kupić też trochę szynki...

CZYTAJ DALEJ NA NASTĘPNEJ STRONIE...

- Kiedyś, jeszcze gdy byłam mała, jedliśmy dużo ryb, sera, a teraz ryba kosztuje tyle co mięso, więc ich nie kupuje - dodaje.

Bożena liczy, że jeszcze przed świętami dostanie z urzędu skarbowego zwrot podatku na dzieci. Będzie to blisko 2 tysiące zł.

- Czekam na te pieniądze jak na zbawienie - mówi Bożena. - Liczę, że dostanę je przed Wielkanocą, wtedy mogłabym kupić coś lepszego na święta. Choć w zasadzie te pieniądze już mam zagospodarowane. Muszę synom kupić buty, młodszy nie ma kurtki na wiosnę. Zwykle kupuję im ubrania w ciucholandach. Sama też dla siebie coś tam znajdę. Tyle że buty muszą być nowe. Z tych 2 tysięcy muszę trochę odłożyć na wrzesień, kiedy Kamil pójdzie do gimnazjum. Nawet nie chcę myśleć, ile pieniędzy pójdzie na przygotowanie synów do szkoły.

Te pieniądze są dla mnie jak złoto

Marzena nie może ukryć radości, właśnie wyszła z biura łódzkiej pomocy społecznej. Przyznano jej 200 zł zasiłku okresowego.

- Odetchnęłam z ulgą - mówi Marzena. - Te pieniądze są dla mnie jak złoto! A nie zawsze zasiłek mi przyznają.

Marzena z czwórką dzieci mieszka w kamienicy w centrum Łodzi. Najstarszy syn Adam ma 16 lat. Bartek jest od niego młodszy o dwa lata. Marzena ma jeszcze 5-letnią córeczkę Oliwkę i 8-letniego Adriana, który uczy się w pierwszej klasie.

- Najstarsi chłopcy są z mojego pierwszego małżeństwa - tłumaczy Marzena. - Mąż pił i się rozwiedliśmy. Oliwka i Adrian to dzieci mojego konkubenta. Ale on też pił, robił awantury. I rozstaliśmy się. To było cztery lata temu. Konkubent pracował jednak i przynosił jakieś pieniądze, gdy się wyprowadził, zaczęły się problemy.

Marzena pracowała w kasie w hipermarkecie, ale odeszła, gdy zaszła w ciążę. Teraz jedynym jej źródłem utrzymania są alimenty, jakie dostaje na dzieci.

- Na Adama i Bartka mam po 400 złotych, a na Oliwkę i Adriana po 300 złotych - opowiada Marzena. - Oczywiście dostaję te pieniądze nie od moich byłych partnerów, ale z Funduszu Alimentacyjnego. Te alimenty to w zasadzie jedyne moje źródło utrzymania. No i to, co dostaję z opieki społecznej.

Marzena szuka pracy. Chciałaby znów pracować jako kasjerka. Była nawet na kilku rozmowach kwalifikacyjnych. Nic z tego nie wyszło.

- Nie jestem dla nich dyspozycyjna - wyjaśnia. - Podczas ostatniej rozmowy, gdy przyznałam, że nie mogę pracować na zmiany, bo mam małe dzieci, skrzywili się i pracy nie dostałam. Tłumaczyłam, że mogłabym pracować na jedną zmianę i w weekendy, ale im to nie pasowało.

Jak radzi sobie Marzena? Twierdzi, że stara się. Na szczęście jej dzieci nie lubią mięsa. Robi im makaronowe zapiekanki: podsmaża na patelni makaron, daje słoninę i polewa keczupem. Dwa razy w tygodniu kupuje po kilka plasterków szynki. Robi z nich kanapki na kolacje. Na szczęście dzieci jedzą w szkole obiady i nie musi za nie płacić.

CZYTAJ DALEJ NA NASTĘPNEJ STRONIE...

- Chodzę po chleb do Caritasu, czasem dostanę jakąś kaszę, mąkę, ryż, makaron - opowiada Marzena. -To duża pomoc. U nas dziennie zjada się po cztery bochenki chleba. Gotuję ryż czy makaron, zalewam mlekiem. I już jest się czym posilić. Gotuję na kostce pomidorową z koncentratu. Nieraz ryżówkę czy krupnik.

Marzena ma jednak inne zmartwienie. Mieszka w starej kamienicy, bez wygód. W mieszkaniu ma tylko umywalkę. Ubikacja jest w korytarzu, a czynsz wysoki, bo ponad 300 złotych miesięcznie. Do tego trzeba jeszcze zapłacić za prąd.

- Mieszkanie jest zadłużone - mówi smutno Marzena. - Z odsetkami to już ponad 15 tysięcy złotych długu. No i jeszcze to nie jest moje mieszkanie. Mam już wyrok eksmisyjny, więc ta Wielkanoc nie będzie dla mnie miła.

Specjalistka od łowienia okazji

Wiele lat temu mieszkanie w bloku było symbolem bogactwa. Nowe łódzkie osiedla zasiedlali profesorowie, dyrektorzy, ale i robotnice z „Marchlewskiego”, które nie narzekały na brak pieniędzy. Bieda kojarzyła się z ponurymi kamienicami w centrum Łodzi. Dziś większość profesorów i dyrektorów opuściła blokowiska. A w blokach coraz częściej mieszka bieda. Pani Teresa ma już 78 lat. Przez wiele lat pracowała jako kierowniczka kancelarii w dużym łódzkim przedsiębiorstwie. Po 35 latach pracy ma 1150 złotych emerytury.

- Jak żył mąż, to jeszcze jakoś wiązało się koniec z końcem, ale mąż umarł 10 lat temu - opowiada pani Teresa. - Zostałam sama. Po mężu emerytury nie przejęłam, bo miał jeszcze mniejszą niż ja. Na jedynego syna też nie mogę liczyć. Od trzech lat nie ma pracy. Ma dwoje dzieci, które uczą się w szkołach średnich, a wszyscy żyją z pensji synowej, która jest magazynierką. Nie mogę do nich wyciągać ręki po pomoc, bo to ja im powinnam pomóc.

Na łódzkiej Retkini pani Teresa zajmuje trzypokojowe mieszkanie. W sumie niecałe 53 metry kwadratowe. Co miesiąc płaci 360 złotych czynszu. Do tego dochodzi 30 zł za gaz, raz na dwa miesiące i 60 złotych za prąd. Zrezygnowała już z telefonu stacjonarnego. Dała pieniądze wnukom i kupili jej komórkę na kartę. Teraz na telefon raz na trzy miesiące wydaje 50 złotych.

- Tak więc na same opłaty wydaję prawie 500 złotych - wylicza pani Teresa. - Zostaje mi więc około 800 złotych. A jeszcze zdrowie nie jest takie, jak potrzeba. Choruję na serce, cukrzycę, mam wysokie ciśnienie. Lekarstwa co miesiąc kosztują mnie ponad 100 złotych. Na życie zostaje mi około 600 zł. Muszę się nagimnastykować, by nie brać pożyczek i za to wyżyć! W telewizji mówili, że będę za darmo dostawać leki. Już nie mogę doczekać się tej chwili.

CZYTAJ DALEJ NA NASTĘPNEJ STRONIE...

Pani Teresa planując miesięczne wydatki mówi, że najważniejsze to zapłacić za mieszkanie. To dla niej świętość.

- Nawet jakbym miała nic nie jeść, mieszkanie muszę opłacić - dodaje. - Oglądam nieraz w telewizji reportaże o ludziach, którzy na stare lata porobili długi, zadłużyli mieszkania i lądowali na ulicy. Nie mogę do tego dopuścić!

Pani Teresa żyje skromnie. Codziennie stara się ugotować zupę na jednym, czasem dwóch skrzydełkach. Na niedziele kupuje porcję rosołową i gotuje rosół. Co jakiś czas zaprasza na obiad syna z rodziną, to wtedy przygotowuje kotlety schabowe. Na co dzień nie je drugiego dania. Na zakupy chodzi raz w tygodniu. Szuka promocji lub innych okazji. Może wtedy kupić tanio serek czy wędlinę, gdy kończy się ich termin ważności. Jej sąsiadka śmieje się, że Tereska stała się prawdziwą specjalistką od łowienia okazji.

- Żyję bardzo oszczędnie i czasem nawet z tej swojej niskiej renty odłożę 100 - 200 złotych, na jeszcze gorsze czasy - zdradza pani Teresa. - Czasem dam synowi z 50 złotych, by nie liczył tylko na żonę. Całymi dniami modlę się, by wreszcie ułożyło mu się życie i znalazł jakąś pracę.

Do lombardu oddała prezent syna

Danuta mieszka w kamienicy na łódzkim Polesiu. Nie ukrywa, że ma zadłużone mieszkanie na 5 tysięcy złotych.

- Jeśli mam do wyboru, czy zapłacić za czynsz, czy kupić lekarstwa lub jedzenie dla dzieci, to zawsze wybiorę to drugie - nie ukrywa Danuta. Jej mąż Wojtek pracował kiedyś w Eskimo, ona z zawodu jest księgową po studium ekonomicznym. Pracowała w księgowości w różnych łódzkich zakładach. Żyło się im dobrze. Ale nagle świat jej rodziny się zawalił. Mąż uległ wypadkowi, potem zachorował na raka, a na dodatek zlikwidowano jego zakład. Ona też została bez pracy.

- Sięgnęliśmy dna - mówi kobieta. - Dziś razem z męża rentą i zasiłkiem rodzinnym mamy co miesiąc na utrzymanie pięcioosobowej rodziny około 1500 złotych, a więc 300 zł na osobę. Najstarsza córka zdaje w tym roku maturę. Synowie chodzą do liceum i gimnazjum. Martwię się, co będzie dalej, dzieci są zdolne, chcą się uczyć, czy dam radę?

Danuta nie lubi opowiadać o swojej biedzie, bo czym się tu chwalić? Do lombardu oddała już odtwarzacz CD, wieżę, którą młodszy syn dostał na komunię. Starszemu zostawiła komputer, bo nie ma serca mu tego odbierać.

- To dla niego całe życie, chce zostać informatykiem - tłumaczy. W lombardzie zostawiła całe swoje złoto, nawet pierścionek zaręczynowy, który dostała od męża.

- Ale obrączki nie oddam - mówi. - Nawet jakby miała zęby w ścianę wbijać.

Gdy dostaje pieniądze z lombardu, stara się dzieciom kupić coś do ubrania. Chodzi wtedy po lumpeksach, czasem coś taniego trafiło się na promocjach w hipermarketach.

- Choć wiem, że chłopcom jest przykro - mówi. - Koledzy chodzą do szkoły ubrani w markowe buty, bluzy, a oni o tym tylko marzą. Córka ostatnio zaczęła sobie dorabiać, roznosząc ulotki. Dzięki temu może co jakiś czas kupić sobie coś do ubrania. Jemy skromnie: rano chleb z dżemem, serem topionym. Latem jemy dużo pomidorów i ogórków. Nieraz kupię serdelki lub tanią kiełbasę. Ale to zwykle na kolację chłopakom daję. Na obiad mam ziemniaki, do tego jajko sadzone okraszone smalcem. Czasem kaszankę z cebulą do ziemniaków daję. Mięso rzadko kupujemy. Raz, dwa razy na miesiąc.

Mąż Danuty czasem złapie jakąś pracę na czarno. - Zwykle u ogrodnika - dodaje. - Dostaje 6 - 7 złotych za godzinę. Mamy wtedy na książki dla dzieci.

Danuta już teraz myśli o tym, jak będzie wyglądała u nich Wielkanoc. Dobra sąsiadka obiecała, że pożyczy parę groszy. Potem będzie spłacała jej po 20 złotych miesięcznie. Na świąteczne śniadanie nakupi szynki, jajek, białej kiełbasy. Liczy, że znów dostanie jakieś dary ze swojej parafii...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki