Co mają pszczoły do miejskich kompleksów łodzian

    Co mają pszczoły do miejskich kompleksów łodzian

    Hanna Gill-Piątek

    Dziennik Łódzki

    Dziennik Łódzki

    W Łodzi znów można hodować pszczoły - ogłasza na swojej stronie Rada Miejska. "Pszczoły są bardzo korzystne dla ekosystemu. Powinniśmy nawiązywać do wzorca kultury zachodnioeuropejskiej i tak jak w innych miastach jak Paryż czy Berlin umożliwić hodowlę pszczół" - cytuję za notatką słowa Tomasza Kacprzaka, który przeżywał trudne chwile w związku z odwołaniem ze stanowiska szefa Rady. "Ponadto w strefie zespołów miejskich, oprócz pszczół, będzie można hodować jeszcze drób oraz króliki".
    Hanna Gill-Piątek jest działaczką społeczną i polityczną, koordynatorką Świetlicy Krytyki Politycznej w Łodzi

    Hanna Gill-Piątek jest działaczką społeczną i polityczną, koordynatorką Świetlicy Krytyki Politycznej w Łodzi ©Krzysztof Szymczak

    To dobra wiadomość. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nawet, że miasto, które ma w swoich granicach tak dużą ilość gruntów rolnych, miało kiedykolwiek pomysł, żeby komuś podobnej hodowli zakazać. Być może trzydzieści lat temu taki przepis był komuś potrzebny: dobrze pamiętam z dzieciństwa dwie kury, które sąsiadka hodowała na malutkim retkińskim balkonie. Niedaleko, pod czteropiętrowym blokiem przy Allende (obecnie Popiełuszki) stały ule i rosła marchewka. Klatka z królikami stojąca na jednym z niewielu pozostałych w środku osiedla podwórek była celem naszych dziecięcych wypraw i długich fascynacji. I nie były to bynajmniej króliki do głaskania, stanowiły po prostu zapas mięsa w trudnych czasach kryzysu.


    Przemysł łódzki przez dziesięciolecia potrzebował ciągle nowych rąk do pracy. Tereny wiejskie zawsze stanowiły ich potężną rezerwę, dlatego kolejne fale migracji do miasta przywoziły ze sobą ludowe zwyczaje i sposób myślenia o przestrzeni. Można mówić różne rzeczy o PRL-u, ale niezaprzeczalną zdobyczą tego okresu był powszechny awans edukacyjny. To zapełniło łódzkie uczelnie młodzieżą, która jeszcze długie lata po zrobieniu dyplomu wyjeżdżała pomagać rodzicom przy żniwach. Większość z absolwentów zostawała w mieście, tu znajdowała pracę. Naprawdę trudno znaleźć łódzką rodzinę, która nie ma wiejskich korzeni w którymś z pokoleń. Z niewiadomych powodów dla większości z nas jest to bardzo wstydliwe dziedzictwo.

    Z rozbawieniem patrzę czasem na łodzian, którzy zachowują się, jakby byli mieszczanami od czasów Piastów. Wynikają z tego forsowane powszechnie wizje miejskości, które mają niewiele wspólnego z tym, jak w tej chwili wyglądają nowoczesne metropolie. Wielopasmowe arterie czy galerie handlowe lokowane w śródmieściu, spektakularne budowle planowane na biurkach przebrzmiałych gwiazd światowej architektury, plany wybudowania strzelających w niebo drapaczy chmur w Nowym Centrum Łodzi, które na szczęście zweryfikował rozsądek i stosunkowo niskie ceny gruntów - to przebrzmiałe sny modernizacyjne, z którymi europejskie miasta pożegnały się już dawno temu. Głównie ze względu na koszty społeczne, transportowe czy finansowe, które generuje taki model.

    W Łodzi jesteśmy w stanie wpaść na najbardziej kuriozalny pomysł i wydać na niego każdą sumę, jeśli tylko podkreśla on, jak bardzo w naszych wyobrażeniach jesteśmy "miejscy". Nawet architekt miasta nie jest bez grzechu, konsekwentnie rugując "wiejską" zieleń ze ścisłego centrum.

    Tymczasem jeśli coś obecnie jest hitem w zachodnich metropoliach, na które jesteśmy tak zapatrzeni, to właśnie pszczoły. A dokładniej przydomowe ogródki na podwórkach, dachach, w pustych przestrzeniach między domami. Wspólnie uprawiane przez sąsiadów skrawki gruntu stały się poważnym narzędziem rewitalizacji społecznej tak w biednym Detroit, jak w bogatych niemieckich miastach. Nie są to piękne klomby: hoduje się w nich warzywa, które potem trafiają na lokalne stoły. Pojęcia robiące w miastach dużą karierę to samowystarczalność i obywatelska spółdzielczość. Zarówno żywnościowa, komunalna, jak i energetyczna.

    Podczas gdy my zastanawiamy się, jaką spółkę miejską można jeszcze opchnąć jakiemuś zagranicznemu koncernowi, Berlin śladem Monachium i innych niemieckich miast poważnie przymierza się do rekomunalizacji sieci energetycznej i odbicia jej z rąk Vattenfalla. Celem tej wielkiej inicjatywy jest nie tylko obniżenie kosztów czy ekologia, bo docelowo społeczna sieć ma uzyskiwać sto procent energii z odnawialnych rozproszonych źródeł z Berlina oraz Brandenburgii, ale też ochrona słabszych członków społeczności przed ubóstwem energetycznym. Dlatego częścią planu jest gruntowna termomodernizacja budynków - wiadomo, kto nie wydaje kroci na rachunki za ciepło, ma z czego zapłacić czynsz czy kupić jedzenie.

    Lista podobnych pomysłów na lepsze miasto jest długa, choć u nas nieznana. Słychać za to pokrzykiwania europosła Saryusza-Wolskiego, że zielona energia to europejski spisek, a gaz łupkowy czy węgiel przynoszący korzyści jedynie koncernom - są super. W Łodzi nadal nowoczesność pojmujemy przez prywatyzację usług komunalnych czy zaoranie "wsiowych" ogródków działkowych. Tymczasem niedawno w Gazecie Wyborczej mogliśmy oglądać przedwojenne zdjęcia ogródków dla "bezrobotnej inteligencji", jakie wyznaczano w granicach ówczesnej Warszawy. Jako żywo przypominały pola uprawne. Niech mi ktoś powie, że to był zły pomysł.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo