Henryk Szczepański z ŁKS kończy 80 lat: Z piłką przez życie jak "Burza"

Marek Kondraciuk
Lubił twardą walkę, był przebojowy, zadziwiał brawurą. Kiedy więc na początku 1957 roku obrońca bydgoskiej Polonii pojawił się po raz pierwszy na treningu przy al. Unii chciał pokazać się asom ŁKS z jak najlepszej strony. - Idziesz, jak burza - zażartował kapitan Władysław Soporek.

"Burzę" szybko podchwycili najstarsi ełkaesiacy Stanisław Baran, Henryk Szczurzyński i Leszek Jezierski. Wkrótce nikt już nie mówił Henryk Szczepański tylko "Burza" Szczepański i tak zostało do dziś. Przydomek zrósł się z nazwiskiem zdobywcy Pucharu Polski 1957, mistrza kraju 1958, 47-krotnego reprezentanta i olimpijczyka z Rzymu 1960.

Wczoraj Henryk "Burza" Szczepański obchodził 80. urodziny. Mieszka w Warszawie, zwolnił tempo, już nie idzie przez życie jak burza, ale wciąż żyje futbolem, a szczególnie bliskie jego sercu są losy ŁKS, w którym spędził trzy najpiękniejsze lata piłkarskiej kariery.

Urodził się 7 lipca 1933 w Wejherowie. Rodzice byli robotnikami i znaleźli pracę w Bydgoszczy. Rodzina Kazimierza i Tekli Szczepańskich mieszkała przy ul. Kordeckiego (obecnie ul. Olszewskiego). Wraz z chłopakami z pobliskiej ul. Dolina mały Henio gonił za szmacianką.

Kto dziś wie, co to jest szmacianka? Najpierw trzeba było zdobyć pończochę. Wypychało się ją skrawkami materiału, czym popadło, a najlepiej innymi starymi pończochami. Elastyczna, uformowana w kulę szmacianka była znakomitą alternatywą dla hałaśliwej puszki po konserwach, albo niebezpiecznego w użyciu kamienia.

Dzieciństwo Henryka Szczepańskiego w Bydgoszczy przypadło na lata drugiej wojny światowej. Kiedy wybuchła miał 6 lat. Dzieciaki z Doliny najczęściej grały na placu, który od komendy niemieckiej policji oddzielał tylko płot. Niemcy często rozganiali chłopaków strzelając do nich z wiatrówek, a ci odpowiadali "ogniem" z ręcznych miotaczy kamieni, czyli wystruganych z gałęzi proc.

Po wojnie dorastającego Henia wciąż ciągnęło do piłki, ale za namową kolegów przygodę ze sportem zaczął od... boksu. Zniechęciły go jednak już pierwsze walki i to wcale nie porażki lecz zwycięstwa. Najwidoczniej miał w sobie coś takiego, co wiele lat później wyśpiewał w legendarnej balladzie o bokserze Włodzimierz Wysocki: "bić człowieka po twarzy od dziecka nie lubiłem". Próbował też hokeja na lodzie w Polonii, ale i to mu nie odpowiadało.

Wyżywał się natomiast na boisku piłkarskim. Był dobry i chłopaki z podwórkowej drużyny właśniej jemu powierzyli zaszczyt i obowiązek przechowywania w domu jedynej, z trudem zdobytej, prawdziwej, skórzanej piłki. Zespół Doliny miał markę w okolicy i najlepsi trafiali stamtąd do Polonii Bydgoszcz. Henryk Szczepański znalazł się w grupie trenera Józefa Kotlarczyka, byłego kapitana Wisły Kraków i olimpijczyka z Berlina 1936.

Pierwszym sportowym idolem Henia był napastnik węgierskiego pochodzenia Rudolf Patkolo, były reprezentant Węgier (1947), a później Polski (1949-1952), który po dwóch latach gry w ŁKS przyjechał w 1951 do Bydgoszczy.

- Co on wyczyniał z tą piłką - wspominał po latach Henryk Szczepański. - Godzinami mogłem patrzeć, a później próbowałem naśladować.

Absolwent Technikum Mechanicznego grając w Polonii jednocześnie pracował w Zakładach Budowy Maszyn. Do zawodowej, choć formalnie amatorskiej drużyny trafił w 1957, kiedy przeszedł do ŁKS. Miał etat w Zakładach Przemysłu Bawełnianego "Poltex" im. Juliana Marchlewskiego, gdzie bywał raz w miesiącu po wypłatę. Jego jedynym obowiązkiem była gra w piłkę nożną. Mieszkał na Zakątnej 82, po sąsiedzku z sekretariatem ŁKS, a więc na stadion przy al. Unii nie miał daleko.

Drużyna trenera Władysława Króla z "Burzą" w składzie miała swoje apogeum, sięgając w 1957 po krajowy puchar, a rok później po tytuł mistrza Polski. Kilka miesięcy po przyjeździe do Łodzi Henryk Szczepański trafił do reprezentacji Polski. Debiutował we wrześniu 1957 w Sofii, a Polska zremisowała z Bułgarią 1:1. Ostatnie ze swoich 47 spotkań w koszulce z białym orłem rozegrał w 1965 w Rzymie, gdzie nasza reprezentacja przegrała z Włochami 1:6.

Największym sportowym przeżyciem "Burzy" był występ na igrzyskach olimpijskich w Rzymie 1960. Obok niego grały inne asy polskiego futbolu tamtych lat m.in. Ernest Pohl, Lucjan Brychczy, Edmund Zientara, Roman Lentner, Stefan Floreński, Marceli Strzykalski, Jerzy Woźniak i bramkarz Tomasz Stefaniszyn. Polska wygrała z Tunezją 6:1, ale przegrała z Danią 1:2 oraz z Argentyną 0:2 i odpadła.

- Olimpiada była wspaniała - wspominał później Henryk Szczepański. - Trenerem był Francuz Jean Prouff, a pomagał mu Ryszard Koncewicz. - Dla Prouffa to była nie lada gimnastyka, bo nie znał polskiego, a jako trener też zdobywał pierwsze szlify. Wszyscy uczyliśmy się od Koncewicza, Prouff także. W meczu z Tunezją doznałem kontuzji kolana. Spuchło, jak bania. Próbowałem jeszcze rozgrzewać się przed meczem z Danią, ale nie mogłem grać. Pecha miał również Francuz, który kibicując koszykarzom złamał rękę. Po powrocie nikt nie rozdzierał szat. Kibice nam wybaczyli, bo odpadliśmy pechowo.

Po igrzyskach "Burza" przeszedł do Odry, bo w Opolu miał wujka, który ściągnął go do siebie. Pod koniec kariery Henryk Szczepański zaczął przygotowywać się do zawodu trenera. Skończył kursy, zdobył kwalifikacje i z zapałem wziął się do pracy.

Trenował m.in. Olimpię Poznań, Gwardię Koszalin, Stomil Olsztyn i Motor Lublin, ale najdłużej pracował w Gwardii Warszawa. Jego podopiecznymi byli m.in. Joachim Marks, Ryszard Szymczak, Dariusz Dziekanowski, Dariusz Wdowczyk, Krzysztof Baran i Roman Kosecki.

- W sporcie trzeba mieć wiedzę, umiejętności, ale i szczęście - mawiał "Burza" Szczepański. - Ryszard Koncewicz miał olbrzymią wiedzę i niestety sporo pecha. Kazimierz Górski też wiedział o piłce wszystko, a przy tym kochało go szczęście .

Dalszych wielu lat w zdrowiu i szczęściu, szanowny Jubilacie!

Wsp.: Jacek Bogusiak

Wideo

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

E
Edward

Pamiętam "Burzę" z młodych lat. Na prawej stronie obrony był bardzo dobry. Dużo zdrowia Panie Henryku.

M
Minimum 100 lat w zdrowiu!

Świetny tekst. Dziękuję.

M
Minimum 100 lat w zdrowiu!

Świetny tekst. Dziękuję.

G
Gość

fajnie! tylko kto w którym jest miejscu, może tak od lewej strony...tam jest ośmiu starszych zawodników...
w ogóle to powinien wyjaśnić to autor artykułu - Marek Kondraciuk - skoro wziął za swoją niedokończoną pracę pieniądze...

Ł
ŁKS WIELKA RODZINA

WIETESKI ,BARAN ,GRZYWOCZ,SOPOREK,JAŃCZYK...

d
dziękuje!

czy może ktoś dodać nazwiska byłych piłkarzy uwidocznionych na drugim zdjęciu i wyjaśnić, który starszy pan, jest którym byłym zawodnikiem ŁKSu ? - dziękuje!

N
NAJLEPSZEGO !

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! - ale na boisku ŁKS-u, w tamtym okresie, wolałem technicznego i pracowitego Roberta Grzywocza - dziś zapomnianego 81-latka - również - WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO p.Robercie życzę!

M
Marcin

Pamiętam i sam jako gówniarz widziałem tych wielkich żyjących i tych których już nie ma.Panie Henryku WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO I 100 LAT

Ł
ŁÓDZKI KLUB SPORTOWY

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

Dodaj ogłoszenie