Na wokandzie sprawa tragicznego pożaru w koszalińskim escape roomie. Odtworzone zostały fragmenty nagrań z wizji lokalnej

Joanna Krężelewska
Joanna Krężelewska
Na sali rozpraw odtworzone zostały fragmenty nagrań z wizji lokalnej w escape roomie, która przeprowadzona została 14 lutego 2019 roku.
Na sali rozpraw odtworzone zostały fragmenty nagrań z wizji lokalnej w escape roomie, która przeprowadzona została 14 lutego 2019 roku. Joanna Krężelewska
Udostępnij:
4 stycznia 2019 roku w escape roomie „To nie pokój” przy ul. Piłsudskiego 88 wybuchł pożar. Życie straciło w nim pięć nastoletnich dziewcząt. Śledztwo w tej sprawie trwało przez niemal trzy lata. Zanosi się na to, że proces również będzie długi.

We wtorek, 25 stycznia, w Sądzie Okręgowym w Koszalinie zeznania złożył kolejny ze strażaków, którzy 4 stycznia 2019 roku brali udział w akcji ratowniczej. Każdy z mundurowych odpowiada na wiele pytań sądu i stron postępowania. Przesłuchania trwają nawet kilka godzin, a to oznacza, że na jeden termin rozprawy planowane są wystąpienia maksymalnie dwóch osób.

Zeznaniom przysłuchuje się dwoje z czworga oskarżonych. 30-letni Miłosz S., projektant i organizator escape roomu, na sali rozpraw przebywa w kominiarce i kamizelce kuloodpornej. Strzeże go sześciu uzbrojonych w długą broń policjantów ze służb specjalnych. Na ławie oskarżonych siedzi również Małgorzata W., babcia Miłosza S., która zarejestrowała działalność. Akt oskarżenia obejmuje jeszcze dwie osoby. To Beata W., matka Miłosza, która współprowadziła lokal i pracownik Radosław D. Wszyscy odpowiadają za umyślne stworzenie niebezpieczeństwa wybuchu pożaru i nieumyślne doprowadzenie do śmierci pięciu dziewcząt, za co grozi do 8 lat pozbawienia wolności.

Bardzo aktywni w sprawie są oskarżyciele posiłkowi. To rodzice ofiar, 15-letniej Karoliny, Julii, Wiktorii, Małgorzaty i Amelii. Tak też było już na etapie śledztwa. To oni zabezpieczyli dowody, przedmioty osobiste córek i wyposażenie escape roomu, które trafiły na wysypisko śmieci. Zlecili dodatkowe ekspertyzy, zaskarżyli opinie biegłych medyków. Teraz, wraz z pełnomocnikami, zadają wiele szczegółowych pytań. – Są one istotne, by ustalić całokształt stanu faktycznego w sprawie – podkreślił mecenas Krzysztof Kaszubski.

Wnikliwie rozpatrywany jest przebieg działań służb ratunkowych na miejscu tragedii. Dla sądu może mieć to znaczenie dla oceny stopnia zawinienia oskarżonych. Tym razem przed barierką dla świadków 34-letni Przemysław Piskorski, młodszy ratownik-specjalista w Jednostce Ratowniczo Gaśniczej nr 2 Państwowej Straży Pożarnej. Dotąd, jako jedyny z grona strażaków, zdecydował ujawnić swoje dane i wizerunek. Jak pamięta akcję gaśniczą?

- Zostaliśmy zadysponowani z jednostki, a naszym dowódcą był Mateusz N. Czas dojazdu do miejsca zdarzenia był szybki, mimo większego o tej porze nasilenia ruchu. Przez radio usłyszeliśmy, że w budynku są chyba trzy osoby. Na miejscu działał już JRG 1. Sytuacja była dynamiczna – opisał.

Strażak wszedł do budynku z innym funkcjonariuszem głównymi drzwiami. Był wyposażony w linię gaśniczą.

- Panowały bardzo trudne warunki. Było duże zadymienie i wysoka temperatura. Dostaliśmy informację, że w środku mogą znajdować się butle z gazem oraz nie został odcięty prąd. Wchodziliśmy z narażeniem życia, odstępując od zasad uznanych za bezpieczne – podkreślił Przemysław Piskorski. - Miałem kamerę termowizyjną. Dzięki niej widziałem kontury pomieszczenia i przedmiotów. Było jednak dużo pary i popiołu. Wszystko osadzało się na kamerze, co miało wpływ na jakość odczytu.

Strażak nie pamięta już, czy kamera miała funkcję rejestracji obrazu i co mogło się stać z ewentualnym nagraniem.

- Zaczęliśmy przeszukiwać pomieszczenie z prawej strony. Z lewej przeszukiwała je druga rota. Koledzy wynieśli już jakieś osoby. Dotarliśmy do pomieszczenia, gdzie były dziewczyny. Z kolegą Pawłem za nogi i za ramiona wzięliśmy jedną dziewczynkę i wynieśliśmy. Wróciliśmy i ewakuowaliśmy jeszcze jedną. Później przeszukaliśmy obiekt – wskazał.

Strażak nie pamiętał, czy kierownik działań ratowniczych miał na sobie kamizelkę dowódcy. Nie był też w stanie określić, czy dziewczęta dawały jakieś oznaki życia.

Przewodnicząca składu orzekającego, sędzia Sylwia Dorau-Cichoń, zarządziła odtworzenie fragmentów nagrań z wizji lokalnej w escape roomie, która przeprowadzona została 14 lutego 2019 roku. Strażak pokazał wówczas, w jaki sposób ewakuowano poszkodowane. Wskazał też miejsca, w których zlokalizowane były butle z gazem i piecyk. Dziś nie pamięta, by któraś z nich była nieszczelna.

Przewodnicząca składu orzekającego ograniczyła możliwość zadawania szczegółowych pytań, dotyczących przebiegu akcji. - Wchodzimy w wątki, które są i będą rozstrzygane w innym postępowaniu – wyjaśniła. Przypomnijmy, wątek dotyczący działań służb medycznych i straży pożarnej prokuratura wyłączyła do odrębnego postępowania. Śledztwo wciąż trwa. Przedstawiciele rodzin zmarłych pokrzywdzonych i ich pełnomocnicy złożyli wnioski o wydanie pogłębionych opinii, nawet opinii interdyscyplinarnej. Prokuratura Okręgowa w Koszalinie przychyliła się do tych wniosków. Rodzice dziewcząt mają m.in. wątpliwości, czy po ewakuacji dziewczynki były reanimowane.

W czwartek ciąg dalszy procesu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Prezydent Duda w ukraińskim parlamencie

Wideo

Materiał oryginalny: Na wokandzie sprawa tragicznego pożaru w koszalińskim escape roomie. Odtworzone zostały fragmenty nagrań z wizji lokalnej - Głos Koszaliński

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie