18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Łodzi najnowocześniejszy w Polsce [ZDJĘCIA]

Anna Gronczewska
Dzikie zwierzęta w wielkim mieście? To wcale nie bajka! W łódzkich parkach, lasach spotkamy lisy, dziki, sarny. Niekiedy widzimy je nawet w centrum Łodzi. Część z nich trafia do najnowocześniejszego w Polsce Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt, który znajduje się w Lesie Łagiewnickim.

Za ogrodzeniem, na dwóch wysokich palach umieszczono dwa bocianie gniazda. W każdym stoi dostojny ptak. Po chwili jeden z nich podrywa się do lotu. Robi kilka kółek i ląduje na dachu. A dokładnie na kominie. - To jego ulubione miejsce do lądowań! - śmieje się Kamil Polański, prowadzący Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Łodzi. - Mam nadzieję, że ten bocian i jego kolega z sąsiedniego gniazda odlecą w tym roku do ciepłych krajów. Ich rehabilitacja przebiegła pomyślnie.

Łódzki Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt jest najnowocześniejszym w Polsce. Znajduje się w Lesie Łagiewnickim, przy ul. Wycieczkowej. Działa już siedem lat, ale rok temu ranne i chore zwierzęta przeniosły się do nowego obiektu. Ośrodek przy ul. Wycieczkowej ma ponad 1,2 hektara powierzchni. Znajduje się tu między innymi szpital dla zwierząt, z salą operacyjną, a także oddział intensywnej opieki pooperacyjnej, połączony z wolierami. Wcześniej zwierzęta trafiały do znacznie skromniejszego ośrodka przy Leśnictwie Miejskim w Łodzi, przy ul. Łagiewnickiej.

Od samego początku zwierzętami zajmuje się Kamil Polański. Kiedy pytamy go, jak zaczęła się ta przygoda, uśmiecha się. - Chyba od fotografii - wyjaśnia. - Najpierw fotografowałem zwierzęta, ptaki i z czasem opieka nad nimi stała się moją pasją i pracą.

Kamil Polański przygląda się z podziwem bocianom, które trenują latanie. Wychodzi im to bardzo dobrze. - Mają u nas bardzo dobre warunki - zapewnia pan Kamil. - W gnieździe jest nawet woda. Na wolności nie mają takich luksusów. Do gniazda podajemy im też pokarm. Ale same już też żerują na łące.

Kamil Polański zauważa, że w tym roku do ośrodka trafiło wyjątkowo dużo bocianów. Tłumaczy to tym, że nie sprzyjała im pogoda. Najpierw długo utrzymywała się zima, potem dużo padało. - Proszę przypomnieć sobie osiemnaście bocianów, które wymarznięte czekały aż skończy się zima w okolicach Stawów Stefańskiego - mówi pan Kamil. - Kiedy nadeszła już wiosna, to obfitowała w opady. To sprawiło, że część bocianich gniazd pod ciężarem wody runęło w dół. Do innych napadało tyle wody, że potopiły się w nich młode bociany.

Każdy z bocianów, które są w ośrodku, to inna historia. Jeden przeżył upadek z gniazda. Mniej szczęścia miało jego rodzeństwo. Jeden z braci został śmiertelnie przygnieciony gniazdem, drugi przeżył upadek, ale doznał tylu złamań, że trzeba było go uśpić. Szczęście miał tylko trzeci z braci. I wiele wskazuje, że wróci do normalnego życia.

Jego kolega z sąsiedniego gniazda został zaś porażony prądem. Na szczęście porażenie nie było chyba za poważne, bo pewnie jeszcze w tym roku zdąży odlecieć do ciepłych krajów. - Porażenia prądem w przypadku bocianów nie są czymś niezwykłym - wyjaśnia Kamil Polański. - Zwłaszcza, gdy ich gniazda znajdują się na słupach wysokiego napięcia lub w pobliżu takich linii. Bywa, że pierwsze loty bocianów kończą się właśnie na linii wysokiego napięcia.

Ofiara takiego lotu znajduje się dziś w jednej z wolier. Bocian stoi unieruchomiony w specjalnym "kombinezonie" przypominającym hamak. Ta konstrukcja ma sprawić, że bociek szybciej dojdzie do siebie, powróci ukrwienie w nogach, skrzydłach.

- Przywieziono go do nas z okolic Łowicza - opowiada pan Kamil. - Z nogami, które były zupełnie bezwładne. Teraz dostaje witaminę B12, sterydy. Jego stan się poprawia, Już rusza nogami, ogonem. To dobrze rokuje. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie znów żył na wolności, bo w tym roku już nie zdąży odlecieć do ciepłych krajów. Zimę spędzi u nas.

Choć głównym zadaniem ośrodka jest przywracanie rannych, chorych dzikich zwierząt do życia w naturze, to nie zawsze się to udaje. Przykładem są dwa bociany, które chodzą po specjalnej zagrodzie i nie mają szans, by wrócić na wolność. Jeden ma nienaturalnie wykręcone skrzydło. To efekt starego złamania, które samo się źle zrosło. W Łagiewnikach mieszka już 1,5 roku. Złamane skrzydło jego kolegi się zrosło, ale też nie ma szans, by latać.- Chcemy nim zainteresować jakiś ogród zoologiczny - twierdzi pan Kamil. - Bo łódzkie zoo ma już za dużo bocianów...

Bociany i inne zwierzęta mieszkające w łódzkim Ośrodku Rehabilitacji Dzikich Zwierząt nie mają imion. Chodzi m.in. o to, by się do nich nie przyzwyczajać. Mają one bowiem mieć jak najmniejszy kontakt z ludźmi, by po wyleczeniu znów żyły na wolności. Ośrodek rehabilitacji nie jest przecież azylem dla zwierząt.

- Od początku roku trafiło do nas już około siedmiuset zwierząt - mówi Kamil Polański. - To bardzo dużo. Jeszcze nigdy o tej porze nie otaczaliśmy opieką aż tylu. Trafiają do nas zwierzęta nie tylko z Łodzi, ale całego województwa. Myślę, że ta liczba wynika między innymi też z tego, że ludzie są bardziej wrażliwi na ich los. Poza tym wielu mieszka na obrzeżach miasta i ma częstszy kontakt ze zwierzętami.

Pan Kamil opowiada nam historię koziołka, którego dzień wcześniej złapano na terenie Ochotniczej Straży Pożarnej w Andrzejowie, w okolicach ulicy Gajcego i Rokicińskiej. Koziołek był bardzo wystraszony, utknął między szczeblami płotu. Udało się go szczęśliwie przewieźć do Łagiewnik. Został umieszczony w specjalnym pomieszczeniu, z dala od ludzi, by nie wywoływać u niego niepotrzebnego stresu. Okazało się, że nie ma złamań. Koziołek dostał sterydy. Pan Kamil był szczęśliwy, gdy zobaczył, że samiec sarny stanął na nogi. Chciał go następnego dnia wypuścić na wolność. Niestety, gdy zajrzał do koziołka okazało się, że jest martwy...

- To przykre chwile, ale też mają miejsce - mówi ze smutkiem w głosie Kamil Polański. - Przypuszczam, że przyczyną śmierci koziołka były obrażenia wewnętrzne. Musiał wpaść pod samochód, a potem w szoku przedostać się na teren OSP...

Więcej szczęścia miały małe sarenki, które biegają po małym lasku. Na wybiegu są dopiero od kilku dni, ale bardzo dobrze sobie radzą. Zwłaszcza najodważniejsza i największa z nich, która niespecjalnie się boi i wszystko ją interesuje. Nawet aparat naszego fotoreportera... - Jest największa, bo zawsze pierwsza stoi przy butelce z mlekiem! - śmieje się pan Kamil.

Dwie z biegających po ośrodku sarenek znaleziono w rowie, przy drodze. Stały przy nieżywej matce, którą potrącił samochód. Ta najodważniejsza, też miała wiele szczęścia. Jej matkę zagryzły zdziczałe psy. Ją pewnie spotkałby ten sam los, gdyby na czas nie pojawili się ludzie i odgonili agresywne psiaki. Natomiast ostatnią z sarenek znaleziono w okolicach działek przy ul. Beskidzkiej. Zauważył ją jeden z działkowiczów.

- Kiedy do nas zadzwonił to prosiłem, by jeszcze obserwował sarenkę, sprawdzał czy nie pojawi się matka - opowiada pan Kamil. - Bywa, że matka zostawia młode w wysokiej trawie i idzie żerować. Jednak minęło półtora dnia i sytuacja się nie zmieniła. Sarenka dalej tam była. Wtedy ją zabraliśmy.

Wszystkie te sarenki w październiku zostaną wypuszczone na wolność. To dla nich najlepszy czas na usamodzielnienie. Jest wtedy jeszcze sporo zieleniny. Poza tym są dalej dokarmiane przez ośrodek. Teraz każda z sarenek ma w uchu zielony, delikatny kolczyk, dzięki nim można śledzić dalsze ich losy. Bywa, że sarenki powracają w okolice ośrodka. Pojawia się tam m.in. jedna z tych, która została wypuszczona na wolność w ubiegłym roku.

- Po trzech latach spotkałem swoją kózkę w towarzystwie koziołka! - wspomina Kamil Polański. - Koziołek zaraz uciekł. Ona została. Nie wiedziała co robić. Biec za nim czy zostać? Poznała mnie, zacząłem do niej wołać tak samo jak wtedy, gdy była w ośrodku. Zrobiła krok w moim kierunku, po czym odwróciła się i uciekła. Ucieszyłem się z tego!

Kamil Polański wyjaśnił nam też, że sarna nie jest wcale "żoną" jelenia, jak niektórzy myślą. Samcem sarny jest kozioł. Ich dzieci nazywa się koziołkami. - Samica sarny osiąga do 30 kilogramów wagi - dodaje. - Dorosły jeleń ma około 200 kilogramów wagi. Jego samica to łania. A ich dzieci nazywa się cielętami.

Niedawno pan Kamil wypuścił do lasu lisa, który w ośrodku przechodził rehabilitację. Z tymi zwierzętami jest jednak poważny problem. - Szczepionki przeciw wściekliźnie dla lisów rozsypywane są w Lesie Łagiewnickim - wyjaśnia Kamil Polański. - Ale z żyjącymi tam lisami nie ma kłopotu. Problem jest z lisami żyjącymi w centrum miasta. Często odławiamy tam lisy znajdujące się w fatalnej kondycji. Między innymi z problemami neurologicznymi po zjedzeniu trutek na myszy, szczury. Niektóre żyją w kanałach ciepłowniczych, mają świerzb, grzybice. Są ogniskiem chorób! To nimi powinno się przede wszystkim zająć.

A lisy można było spotkać na terenie szpitala im. Jonshera przy ul. Milionowej. Siedem odłowiono z ul. Traktorowej. Spotyka się je w okolicach ulic Zgierskiej, Retkińskiej, Krakowskiej...

W wolierach ośrodka mamy cały przegląd ptaków. Są między innymi dwie uszatki i cztery puszczyki. Wszystkie sowy znalazły się tu... przez ludzi. Na początku maja w Zgierzu, na jednej z prywatnych posesji wycięto wierzbę. Zrobiono to z zachowaniem wszelkich reguł prawa. Wydano zezwolenie na wycięcie drzewa. Ale kiedy wierzba znalazła się na ziemi wyleciały z niej cztery puchate kulki. Nikt nie wiedział, że w tym drzewie puszczyk miał swoje gniazdo...

Natomiast uszatki pobyt w łagiewnickim ośrodku zawdzięczają ludzkiej nadgorliwości. - Sowy, gdy mają cztery tygodnie opuszczają gniazdo - wyjaśnia Kamil Polański. - Są puchate, wyglądają nieporadnie, ale dają sobie radę. Ludzie widząc taką puchatą kulkę chcą jej pomóc. Zabierają ptaka, czym wyrządzają mu niedźwiedzią przysługę.

Niedługo sowy znajdą się na wolności, tak jak duża grupa kawek i gawronów. W dużej wolierze szamocze się jastrząb. Do Łodzi przywieziono go dzień wcześniej z Bolimowskiego Parku Krajobrazowego. Był lekko poraniony. - Na szczęście już dochodzi do siebie - mówi pan Kamil. - Jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to już za dzień-dwa powinien znaleźć się na wolności.

Jeszcze niedawno w ośrodku było osiemnaście pustułek. Teraz zostały tylko dwie, ale i te niedługo wylecą na wolność. Wiadomo, że te ptaki coraz częściej zakładają gniazda w miastach. Jeśli lęg jest duży i liczy cztery - pięć pustułek, to niektóre pisklęta wypadają z gniazda. Niekiedy na skutek nieudanego lotu lądują na ziemi. Tam są nękane przez koty, gawrony, psy. Wtedy z ratunkiem przychodzi człowiek i pustułki trafiają do ośrodka w Łagiewnikach.

- Kiedyś, spod Rawy Mazowieckiej przywieziono do nas sępa płowego - wspomina Kamil Polański. - To bardzo rzadki gatunek. Sęp był poraniony. Nie dało się go na tyle wyleczyć, by wrócił na wolność.

Sęp żyje dziś w łódzkim ogrodzie zoologicznym. Pan Kamil pamięta, że kiedyś pomagał łapać strusia. Kilka razy udało się odłowić łosie biegające po mieście. Nie wolno zapominać, że na terenie nadleśnictwa Grotniki żyje około 20 sztuk tych zwierząt. - Parę razy wyciągaliśmy dziki, które wpadły do niezabezpieczonej studni - dodaje. - Na szczęście nic się im poważnego nie stało.

Dzików w ośrodku jest teraz 14. Jednak nie trafiają tu z powodu ran czy chorób. Są regularnie odławiane w Lesie Łagiewnickim. Żyje tam około 400-500 sztuk i są coraz poważniejszym problemem dla okolicznych mieszkańców. Pojawiają się między innymi na boisku Szkoły Podstawowej nr 120 przy ul. Centralnej. Teraz na przykład po zagrodzie ośrodka chodzi locha z małymi, a przecież dziki powinny rozmnażać się na przełomie lutego i marca. Poza tym coraz mniej boją się ludzi, podchodzą pod ich domy w poszukiwaniu pokarmu.

- Ale ludzie sami do tego doprowadzili - twierdzi Kamil Polański. - Dwie panie gotowały kukurydzę, kaszę i dokarmiały tym dziki!

Odławiane w Lesie Łagiewnickim dziki trafiają do lasów w okolicach Dretynia, koło Koszalina. Niedługo w taką podróż wyruszy czternaście tych zwierząt z łódzkiego ośrodka. W ciągu ostatnich kilku lat na Pomorze trafiło około 400 łódzkich dzików. Ośrodek w Łagiewnikach pracuje pełną parą.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Ł
Łodzianka
Znalazłam jeżyka potrąconego przez samochód na ul. Srebrzyńskiej, ale jeszcze żył. Było po 21.00. W ośrodku na Wycieczkowej nikt nie odbierał telefonu. Dwóch weterynarzy odmówiło pomocy. Dopiero w Lecznicy Sowa Pani doktor pomogła, bezinteresownie, DZIĘKUJĘ. Jeżyka musiałam zabrać do domu.
Jutro sobota i ciekawe, czy będę mogła odwieźć jeżyka do ośrodka (podobno nie pracują w soboty i niedziele), jeśli dożyje do rana.
m
mjpal
Mieszkam na obrzeżach Łodzi.Kilkakrotnie przywozilam do Ośrodka dzikie zwierzęta,które potrzebowały pomocy.Zawsze bez żadnego problemu zostały przyjęte i były leczone.Wielokrotnie korzystałam również telefonicznie z porad pracowników.Dziekuje za wszystko.
K
Kinga
Gówno prawda. Znajomi znaleźli małego liska i chcieli zawieźć go na odchowanie i rehabilitację, a Pan odesłał ich do Kółka Łowieckiego. Na stwierdzenie, że tam go zaraz zabiją odpowiedział" No i co z tego". Ot cała prawda o prężnym łódzkim ośrodku...
Dodaj ogłoszenie