Teatr Studyjny: Wyśnij sen Dylana w intensywnej rzeczywistości młodych aktorów

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Bardzo dobrze śpiewają, nieźle się ruszają, z oddaniem grają i pragną zaczarować widza wiarą w teatr - studenci dyplomowego roku Szkoły Filmowej w Łodzi
Bardzo dobrze śpiewają, nieźle się ruszają, z oddaniem grają i pragną zaczarować widza wiarą w teatr - studenci dyplomowego roku Szkoły Filmowej w Łodzi materiały prasowe
Udostępnij:
Bob Dylan nie znalazł w Polsce w odpowiednim czasie takiego tłumacza i interpretatora, jakiego Leonard Cohen miał w Macieju Zembatym. Dlatego dziś Dylan ma studentów Szkoły Filmowej.

Twórczość Boba Dylana oczywiście bezgranicznie kocha Filip Łobodziński, lecz jego niesztampowe, wielopłaszczyznowe tłumaczenia piosenek mistrza (wykorzystane w przedstawieniu) pojawiły się w czasie, kiedy epokę bardów w wytartych dżinsach i z gitarą zastąpiły elektroniczne dźwięki w salonach z przysłowiowym sojowym mlekiem. W powszechnej świadomości zaistniała może ballada „Odpowie ci wiatr” w wykonaniu Maryli Rodowicz, ale amerykański pieśniarz nie zdobył w naszym kraju popularności, na jaką zasługiwał.

Umykały nam sensy jego tekstów, nie wszystkie nawiązania były dla nas zrozumiałe, bo po prostu nie znaliśmy literatury i folkowej tradycji zza oceanu, poza tym Dylan pisał długie utwory i nie próbował się przypodobać ich melodyjnością. Nic zatem dziwnego, że dla pokolenia studentów Szkoły Filmowej w Łodzi, które właśnie podjęło się uczynić z jego poezji i muzyki swój spektakl dyplomowy, Bob Dylan musiał być artystą praktycznie nie znanym. Co częściowo, w tym udanym na wielu poziomach przedstawieniu, bywa odczuwalne.

Na Dylana namówił studentów Wojciech Kościelniak i napisał scenariusz oraz wyreżyserował z nimi muzyczny spektakl „115 sen Boba Dylana” (w poprzednim sezonie w Szkole Filmowej zrobił znakomitą „Historię podwodną” z piosenkami Lecha Janerki). Z trzech produkcji bieżącego roku akademickiego, to dyplom najlepszy, bo eksponujący najzdolniejszych w tej grupie, a zarazem wszystkim biorącym udział w inscenizacji pozwalający zaistnieć na podobnych warunkach, nie gubiący ich energii i zachowujący klarowność przekazu. Całość zgrzyta jedynie w momentach, gdy spektakl staje się zbyt „dorosły”, opowiadany przez doświadczenia i refleksje z jednej strony dojrzałego twórcy widowiska, z drugiej wsiąkniętego w kompletnie inną rzeczywistość autora prezentowanych utworów.

Zdarza się wówczas, że młodzi aktorzy są nieco obok eksponowanych w przedstawieniu treści, czyniąc wszystko, by pomost pomiędzy wrzeniem gotowości startu w dorosłość, a niejasnością pewnych rozczarowań, zbudować warsztatem lub mrugnięciami okiem do widowni. Co ważne, takie wyłamywanie się z tematu i niwelowanie napięcia umożliwił sam reżyser, wprowadzając łączące poszczególne wątki, żywiołowo-refleksyjne postaci Tirli Bima i Tirli Boma, co grający ich Bartłomiej Dargiewicz i Marcin Walkowski (w jego przypadku może nawet aż za bardzo) śmiało zużytkowywali.

Spektakl staje się wielki, gdy inscenizacyjne pomysły realizatorów spotykają się z wrażliwością młodych aktorów i ich odczytaniem treści. Takim fragmentem jest najdłuższa w spektaklu piosenka, wykonywana przez kolosalnie uzdolnioną, równie doskonale zabawną, jak i rozdzierającą serce widza Karolinę Kowalską - przesuwając w palcach wątłą nić życia, śpiewając imponująco oraz z pełnym zrozumieniem tekstu i oddaniem jego emocji, czyni ona ze swojego występu przepiękny, przejmujący, maleńki dramat istnienia, z którym długo nie można się rozstać. Podobnie fantastyczną sceniczną kreację, z efektowną gamą nastrojów tworzy wyposażona w nienachalny, ale absolutnie zawłaszczający, ujmujący magnetyzm Aleksandra Bernatek.

Wokalnie i interpretacyjnie świetnie wypada jeszcze Bartłomiej Dargiewicz, dylanowski z ducha jest na scenie i w swej piosence Wiktor Dębski, ściąga na siebie uwagę i nawiązuje swobodny kontakt z publicznością Olga Rayska, chce się widzom podobać i się mu to udaje Hubert Sycz. Drużynę mocno uzupełniają Kirył Pietruczuk, Emilia Lewandowska, Maria Adamska, Oliwia Adamowicz.

Aktorzy otrzymali do wyśpiewania wyśmienity materiał w postaci niebanalnych, odkrywczych aranżacji piosenek Boba Dylana, autorstwa Marcina Powalskiego. Muzyk nie zgubił drapieżnego, eksplorującego różne muzyczne gatunki stylu pierwowzoru, jednocześnie otwierając te utwory na zupełnie nowe, nierzadko zaskakujące przestrzenie. Artysta poszedł za Dylanem, ale „przyprowadził” go do tu i teraz, dając mu możliwość wybrzmienia w świeży sposób.

„115 sen Boba Dylana” to spektakl mniej zaczepny i społeczny, bardziej skupiony na indywidualności niż „Historia podwodna”, za to z wartościowym dla adeptów aktorstwa przesłaniem, że czasem praca z szacunkiem dla swoich autorytetów i zbudowanych także dzięki nim przekonań może przynieść znaczniejsze efekty niż impulsywne, wszelkimi dostępnymi „kanałami” epatowanie swoim ja, zmieniającym się w zależności od trendów i mód. A właściwie to nie najgorsza droga nie tylko dla aktorów...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Hans o nowej płycie, polskiej scenie rapowej i inspiracjach

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie