Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

W kolejce po wszystko. Książka o handlu w PRL-u. Rozmowa z Wojciechem Przylipiakiem, autorem książki "Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko"

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Wojciech Przylipiak napisał książkę o handlu w PRL-u
Wojciech Przylipiak napisał książkę o handlu w PRL-u materiały promocyjne/archiwum Dziennika Łódzkiego
Rozmowa z Wojciechem Przylipiakiem, autorem książki "Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko".

Sam pan pamięta czasy, gdy półki w sklepach świeciły pustkami?
Jestem dzieckiem późnego PRL-u, urodziłem się w 1978 roku. Pamiętam kolejki z drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Mama wysyłała nas z bratem, byśmy na zmianę stali w kolejce. Już nawet nie wiem po co. Wtedy stało się w kolejkach po wszystko. Pamiętam jak co pół roku chodziliśmy do „Pewexu”. Rodzice kupowali mnie i bratu po jednym matchboxie.

Co pana najbardziej zaskoczyło, gdy zbierał materiał do tej książki?
Z jednej strony odbiór moich bohaterów. Ta książka jest oparta na opowieściach ludzi. Rozmawiałem z kilkudziesięcioma osobami. Były to głównie kobiety. To one pracowały w handlu, dbały o zaopatrzenie polskich domów. Zaskoczyło mnie to, że po tylu latach część osób wypowiada się anonimowo.

Dlaczego?
Tłumaczą, że nie chcieliby kogoś zranić, po co odgrzebywać stare sprawy. Nie mówię, że w tej książce padają tajne stwierdzenia. Nie ma szperania w teczkach. Był to okres w którym się kombinowało. Dokonywano transakcji pod stołem, dochodziło do handlu wymiennego. Wtedy nie uchodziło to za coś złego. Była to sztuka przetrwania. Dziś część osób wraca do tych spraw mówiąc, że nie chciałyby być pod tym podpisane z imienia i nazwiska. Choć na pewno nie są to rzeczy za które groziłaby kara. Spotkałem się z tym już przy mojej pierwszej książce „Czas wolny w PRL-u”. Druga rzecz, która mnie zaskoczyła to reklama w PRL. Nie rozumiano jej tak jak teraz. Reklamę stanowił na przykład wystrój witryn sklepowych. Dziś myślimy, że w tamtych czasach reklama była bez sensu, bo i tak niczego nie można było kupić. A jak było to wszyscy mieli to samo.

A jednak reklama była?
Oczywiście! Działała silnie reklama prasowa, była radiowa. Choć reklama telewizyjna znajdowała się w powijakach. Pojawiła się dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych. W radio teksty reklamowe pisali najpopularniejsi polscy satyrycy. Z drugiej strony bardzo popularną formą reklamy były murale. Niekiedy takie pozostały. Na przykład w Łodzi pozostał jeszcze na jednym z budynków motyl, reklamujący Pewex. Reklamy pojawiały się na pudełkach na zapałki, które wtedy wiele osób zbierało. Były tam reklamy domów towarowych, składów meblowych.

Mówi się o przysłowiowym papierze toaletowym po który stało się w kolejce. Czy były jednak inne tak bardzo pożądane artykuły?

Wszystko zależało od potrzeb i okresu. Trzeba pamiętać, że na PRL składało się kilka dekad. One były bardzo różne. Jak choćby lata siedemdziesiąte, gdzie teoretycznie żyło się najlepiej największej grupie Polaków. Potem była bardzo trudna dekada lat osiemdziesiątych, ciekawe lata powojenne. Wtedy przez krótki czas mógł działać biznes prywatny. Tak więc braki w zaopatrzeniu zależały od okresu. Brakowało artykułów spożywczych, wprowadzono tzw. bezmięsne poniedziałki. Brakowało mitycznego papieru toaletowego. W 1988 roku Dziennik Telewizyjny podawał ile rocznie na jedną osobę przypada rolek papieru toaletowego. Średnio było to siedem rolek, co już brzmi absurdalnie. W Warszawie z tym papierem nie było wielkiego problemu, ale na przykład w radomskim na jedną osobę przypadały 0,7 rolki, czyli dwa metry rocznie na osobę. Wtedy przydawała się Trybuna Ludu, której nigdy nie brakowało.

Wiele osób opowiadało, że brakowało dobrych marek papierosów. Musieli palić Sporty, Klubowe czy Ekstra Mocne. Był duży problem z dostępem do pieluch tetrowych. Z drugiej strony pojawiały się stwierdzenia, że wiele rzeczy w tamtych czasach było wyjątkowych. Mówiło się na przykład o wspaniałych wędlinach, nie takich jak teraz.

A jak było naprawdę?
Częściowo to są legendy. Dziś też możemy kupić wspaniałą wędlinę, bez sztucznych dodatków. Tylko będzie miała inną cenę. Jednak coś w tym jest, bo do jedzenia nie dodawało się tyle chemii. Było zdrowsze. Było szersze myślenie proekologiczne, choć tego tak nie nazywano. Ja sam pamiętam szklane, wymienne butelki na mleko, śmietanę. Ludzie kupowali mleko do kanek. Kilka mitów w tej książce obalam.

Jakie?
Jeden z rozdziałów poświęcam kioskom „Ruchu”. Sprzedające tam panie miały dziurawić prezerwatywy, których też brakowało. Miało to odpowiadać za boom narodzin mojego pokolenia. Ale rozmawiałem z panią, która była kierowniczką dostaw do kiosków „Ruchu: w Gdańsku. Raz dostała wezwanie od swej podwładnej pracującej w jednym z gdańskich magazynów. Był tam pan, który wcześniej pracował w kiosku, a do magazynu został zesłany za karę. Z zemsty dziurawił prezerwatywy. Mam takie jedno potwierdzenie, ale czy działo się to wszędzie nie wiem..

Kioski „Ruchu” odgrywały w handlu PRL kluczową rolę. Pamiętam, że ustawiały się przed nimi wielkie kolejki, by kupić weekendową prasę.

Pomysł tej książki zaczął się kiosków „Ruchu”, które były bardzo ważnym punktem na mapie handlowej PRL. Pamiętajmy, że te kioski były wszędzie. Na osiedlu, w wielu wioskach. Były ulice na których znajdowało się kilkanaście kiosków. Choćby na ul. Grójeckiej w Warszawie. Kioski nazywano najmniejszymi domami towarowymi świata. Można było w nich kupić wszystko. Od proszku do prania, po przybory szkolne, zabawki. Pani kioskarka bardzo często była osobą, która wiedziała o wszystkim co działo się w okolicy…

Kioski „Ruchu” to też słynne teczki na prasę..

O tych teczkach też wspominam. Dla kioskarzy stanowiły duży problem. W kioskach było bardzo mało miejsca, a musiały pomieścić wiele towaru. Z tego co wiem zakładano maksymalnie kilkanaście teczek, bo nie mieli ich gdzie trzymać. Mieli z nimi wiele roboty. Musieli dzielić gazety, wkładać do teczek. Nie płaciło się za teczki. Łatwiej mieli ci, którzy bardzo dobrze znali pana kioskarza lub mogli mu coś zaoferować w zamian. Pani pracująca w sklepie odzieżowym wymieniała się z panią, która odkładała jej gazety lub komiksy. Komiksy też należały do towarów deficytowych.

Samochody dostawało się na talony czy też można je było kupić w Polmozbycie?
Teoretycznie można było, a w praktyce nie. To kolejny paradoks. Z ulicy można było kupić auto na giełdzie samochodowej. Poświęcam im fragment książki, bo same w sobie były ciekawym zjawiskiem. Chodziłem czasem z tatą na taką giełdę. Można było tam kupić wszystko, nie tylko auta. Oczywiście samochody na giełdzie były kilka razy droższe niż w polmozbytach, W Polmozbycie ustawiały się ogromne kolejki. Na auto czekało kilka tysięcy osób. Okres wyczekiwania wynosił kilka lat, tak jak na telefon czy mieszkanie. Łatwiej mieli ci, którzy dostali talon na auto. Talony powodowały, że wydłużały się kolejki po samochody. Otrzymywali je sportowcy, ludzie kultury.

Bardzo często handel w czasach PRL ilustrowany jest pustymi półkami. Który to okres?

Większość ludzi pamięta te puste półki z lat osiemdziesiątych. To nastąpiło po tej hossie lat siedemdziesiątych. Wiele pań opowiadało, że na półkach znajdowały się wtedy wyjątkowe rzeczy. Na przykład kawa, którą mielono na miejscu. Ciekawe, że niektórzy opowiadający o handlu w PRL-u pamiętają zapachy. Jednym z nich jest zapach kawy mielonej w Delikatesach. Z drugiej strony pamiętano zapach kiosków „Ruchu”. Pachniało w nim proszkiem Ixi, papierosami i gazetami. Wiele miejsca poświęcam sklepom z towarami zagranicznymi, czyli „Peweksowi”, „Baltonie”...Ale pamiętajmy, że latach pięćdziesiątych, w okresie stalinizmu handel w Polsce był bardzo trudny. Niszczono handel prywatnych. Sklepy otwierano wszędzie, w opuszczonych tramwajach, na ulicach.

Pisze pan o łódzkim „Centralu”?

Wspominam ten dom towarowy. To wyjątkowe miejsce nie tylko dla mieszkańców Łodzi. Na zakupy przyjeżdżali tu ludzie z całej Polski. To był na pewno jeden z najlepiej zaopatrzonych domów towarowych w Polsce. U mnie w domu rodzinnym na zakupy jeździło się do Warszawy. W „Centralu” w obrocie było około 40 tysięcy artykułów, w tym wiele z zagranicy. Na przykład ubranka dla dzieci z NRD, kosmetyki z Węgier, a nawet płytki ceramiczne z Holandii.

Co było największym absurdem handlu w minionej epoce?

Nie wiem czy absurdem, ale rzeczą która uderza mnie do dziś, był to system poniżający ludzi. Jeśli ktoś musiał stać kilka lub kilkanaście godzin po pieluchy czy meble to nie było normalne. W filmach to dziś śmieszy, ale dla ludzi żyjących w tamtych czasach było poniżające. To był generalnie bardzo ciężki czas, należało kombinować.

Zapominamy, że w latach osiemdziesiątych niemal wszystko kupowaliśmy na kartki..

Pamiętajmy, że kartki funkcjonowały w różnych latach PRL-u. Najwięcej było ich w latach osiemdziesiątych. A wprowadzono je już w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych. Zawsze wiązało się to z jakimiś brakami w handlu. Kartki dokuczały przez cały PRL. Szybko okazało się, że system kartkowy nie zawsze się sprawdzało. Zamieniło się to w jakieś kombinowanie, zamienianie,

ZOBACZ ZDJĘCIA:

Wojciech Przylipiak napisał książkę o handlu w PRL-u

W kolejce po wszystko. Książka o handlu w PRL-u. Rozmowa z W...

od 7 lat
Wideo

Wyniki II tury wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki