Z Jackiem Bartkiewiczem, wiceprezesem NBP, rozmawia Piotr Brzózka

Mamy wakacje i szał wyjazdów, za chwilę rodzice wpadną w szał szkolnych zakupów przed 1 września. Do tych, którzy nie mają za co, firmy pożyczkowe wyciągają pomocną dłoń. Polecałby Pan korzystanie z takich usług?
Polecałbym korzystanie z usług banków, które są instytucjami zaufania publicznego, poddanymi wielu regulacjom, a zasady na których działają, są przejrzyste. W dodatku w czasach spowolnienia gospodarczego banki mają bardzo dobrze przygotowaną ofertę, na przykład dla tych, którzy potrzebują wsparcia przed początkiem roku szkolnego. Oprocentowanie jest bardzo korzystne i nie ma potrzeby, żeby szukać gdzie indziej. Zaznaczam, że w firmach pożyczkowych transparentność jest dużo niższa. Jeśli ktoś chce korzystać z ich usług, to powinien bardzo dokładnie czytać to, co podpisuje. Żeby nie obudzić się kiedyś w pętli zadłużenia.

NBP bierze udział w akcji społecznej "Przeczytaj, zanim podpiszesz". Ale czy z tą akcją to nie jest tak, że promujecie sektor bankowy, uderzając w jego konkurencję - firmy pożyczkowe?
Być może tak, ale NBP jako nadzorca sektora bankowego, może wziąć odpowiedzialność za banki. W lipcowym raporcie stabilności finansowej pokazaliśmy, że sektor bankowy jest w dobrej kondycji i jest wiarygodny.

Ale skutki podpisania umowy bez czytania w firmie pożyczkowej i w banku mogą być podobne. Banki też kuszą niskim oprocentowaniem w reklamach, a w rzeczywistości, po doliczeniu dodatkowych opłat, koszty są dużo wyższe.
Banki obowiązuje ustawa antylichwiarska, nie mogą wziąć więcej niż czterokrotność stopy lombardowej, która dziś wynosi 4 procent. Przeglądałem ostatnie oferty - są takie, gdzie łączny koszt pożyczki nie przekracza 12 - 13 proc. w skali roku. Oczywiście, są banki, które idą po bandzie z reklamą i my też patrzymy na to sceptycznie. Ale regulacje m.in. Komisji Nadzoru Finansowego bardzo precyzyjnie pokazują, jak transparentna musi być oferta. Ręczę, że te przepisy są bardzo rygorystyczne i banki wręcz narzekają, że to ogranicza ich konkurencję, ogranicza kreatywność reklamową. Bo klient musi poznać rzeczywistą stopę procentową.

W materiałach promocyjnych waszej akcji pokazujecie przykład "kredytu" w firmie pożyczkowej, oprocentowanego na 24 procent. Ale w skali tygodnia, co przy pożyczce rzędu 4 tysięcy daje roczny koszt spłaty 32 tys. zł. Naprawdę są takie pożyczki?
To jest możliwe. Na tym rynku panuje wolnoamerykanka. To oprocentowanie bywa wysokie nie tylko nominalnie. W przypadku jakichkolwiek opóźnień naliczane są bardzo wysokie odsetki karne. Ich nie obowiązuje ustawa antylichwiarska. To był jeden z postulatów banków, żeby objąć ustawą wszystkie instytucje, pożyczające ludziom pieniądze. Nie udało się. Dlatego tak ważne jest czytanie tego, co się podpisuje, zanim będzie za późno.

Ale ludzie tego nie rozumieją, również w umowach bankowych.
W umowach bankowych ten problem istnieje w coraz mniejszym stopniu. KNF i UOKiK bardzo mocno zwalczają niekorzystne dla klientów zapisy. Banki już zapłaciły za to spore kary i lekcję tę już przerobiły.

No dobrze. To jakie najgroźniejsze pułapki czekają na klientów firm pożyczkowych?
Może się zdarzyć właśnie, że oprocentowanie podawane jest w stosunku tygodniowym, a nie rocznym. Klient rzuci okiem na samą liczbę, machnie ręką, bo jest niewiele większa niż w banku. Do tego dochodzą różne prowizje i odsetki karne, związane z płaceniem nie w terminie. Niekorzystny bywa sposób spłaty rat.

Rozmawiał Piotr Brzózka