MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Wojna o domki dla uchodźców i bezdomnych arcybiskupa Grzegorza Rysia. Dlaczego łodzianie ich nie chcą?

Matylda Witkowska
Matylda Witkowska
Miało być miłosierdzie, jest wojna. Mieszkańcy Łodzi nie chcą obok siebie domków dla bezdomnych i uchodźców fundowanych przez arcybiskupa Grzegorza Rysia i papieża Franciszka.DALEJ PRZY KOLEJNYM SLAJDZIE>>>.
Miało być miłosierdzie, jest wojna. Mieszkańcy Łodzi nie chcą obok siebie domków dla bezdomnych i uchodźców fundowanych przez arcybiskupa Grzegorza Rysia i papieża Franciszka.DALEJ PRZY KOLEJNYM SLAJDZIE>>>. Krzysztof Szymczak
Miało być miłosierdzie, jest wojna. Mieszkańcy Łodzi nie chcą obok siebie domków dla bezdomnych i uchodźców fundowanych przez arcybiskupa Grzegorza Rysia i papieża Franciszka.

To miało być piękne dzieło miłosierdzia, materialny owoc jubileuszu stulecia diecezji łódzkiej. Z inicjatywy arcybiskupa łódzkiego Grzegorza Rysia na terenie Łodzi miało stanąć 10 domków dla uchodźców z Ukrainy oraz osób wychodzących z innych kryzysów życiowych. Jeden z domków ufundował nawet ujęty pomysłem sam papież Franciszek. Jednak łodzianie nie chcą takiego sąsiedztwa.

Domki dla Ukrainek z dziećmi, później także dla bezdomnych i samotnych matek z Polski

Pomysł narodził się wczesną wiosną, gdy do Łodzi przyjeżdżały tysiące kobiet i dzieci uciekających przed rosyjskim bombardowaniem, przedyskutowano go podczas spotkań łódzkiego komitetu pomocy uchodźcom. Arcybiskup ogłosił go pod koniec kwietnia na mszy św. kończącej diecezjalny jubileusz. Osiedle miało doraźnie służyć ukraińskim matkom z dziećmi, a po zakończeniu wojny – wychodzącym z bezdomności Polakom.

W ten sposób domki miałyby pomóc nie tylko Ukrainkom, ale też polskim kobietom i dzieciom kończącym roczny pobyt w Domu Samotnej Matki oraz mieszkańcom łódzkich schronisk dla bezdomnych, którzy, choć mają pracę, to latami czekają w kolejce na wolne mieszkanie miejskie, bo nie stać ich na wynajem mieszkania na wolnym rynku.

- To wypełnienie dzieła miłosierdzia wobec tych, którzy najbardziej tego potrzebują. Jako wspólnota Kościoła chcemy im pomóc i wyjść naprzeciw – wyjaśnia istotę dzieła ks. Paweł Kłys, rzecznik prasowy łódzkiej kurii.

Wydawało się, że domki powstaną błyskawicznie

10 gotowych, całorocznych domków o pow. 35 mkw. miało powstać szybko, bo częściowo jeszcze tej jesieni, na przekazanej przez miasto działce. Koszt całego osiedla oszacowano na milion złotych, później skorygowano go na 2,5 mln zł. Wykonawcą został Caritas Archidiecezji Łódzkiej, ogłoszono też publiczną zbiórkę pieniędzy. Arcybiskup był dobrej myśli, bo jego wcześniejsze zbiórki spotkały się z ogromnym odzewem ze strony mieszkańców diecezji.

Opłacenie dwóch domków ze swoich honorariów autorskich zadeklarował sam abp. Ryś, część środków od razu wpłacił. Pomysł spodobał się też papieżowi Franciszkowi. Przekazał 30,5 tys. dolarów, co powinno pokryć większość kosztów jednego domku.

Wierni nie byli już jednak tak hojni. Do dziś, razem z darowiznami papieża i biskupa, zebrano zaledwie 1,2 mln złotych, od kilku miesięcy zbiórka stoi. Tymczasem wiosną 2020, gdy arcybiskup ogłosił zbiórkę na respiratory dla łódzkich szpitali, milion złotych zebrano w trzy dni.

Caritas chciał mimo wszystko budować, dokładając kolejne domki w miarę napływu środków. Pojawiły się jednak dużo poważniejsze problemy.

Na potrzeby inwestycji władze Łodzi przygotowały działkę przy ulicy Opalowej na osiedlu Radogoszcz-Zachód. Była to działka uzbrojona, gotowa do inwestycji i dobrze skomunikowana z miastem. Jednak mieszkańcy osiedla sprzeciwili się. Bali się bezdomnych, którzy mieliby zastąpić matki z Ukrainy, a na wyznaczonej działce od dawna chcieli stworzyć teren rekreacyjny. Padły argumenty o tworzeniu getta i enklawy dla osób nieprzystosowanych. Sugerowano, by domki rozrzucić po całej Łodzi – na przykład po jednym na parafię.

Miały być nawet protesty, ale po kilku spotkaniach Caritas z inwestycji w tym miejscu zrezygnował, nie chcąc pracować w warunkach konfliktu z mieszkańcami i kierować podopiecznych do wrogo nastawionego sąsiedztwa.

Nowa działka na Retkini. Ale tu też nie chcą domków

Na początku września prezydent Łodzi Hanna Zdanowska skierowała do sprzedaży kolejną działkę, w rozwidleniu ulic Pienistej i Dennej na Retkini. Uchwała o jej sprzedaży za symboliczną kwotę 6148 zł miała być rozpatrzona na sesji w minioną środę. Jednak mieszkańcy też zdążyli zaprotestować. W okolicy powstało wiele nowych domów wielorodzinnych, w budowie są kolejne inwestycje. Ludzie, którzy kupili tam mieszkania, nie chcą mieć za sąsiadów bezdomnych i samotnych matek.

- Potraktowano nas po macoszemu – mówili mieszkańcy i przekonywali, że mimo zgody rady osiedla o budowie domków dowiedzieli się z naszej publikacji. Zwracali uwagę, że w pobliżu jest plac zabaw dla dzieci, a osoby z problemami życiowymi nie będą dla ich pociech odpowiednim towarzystwem. Nie ukrywali, że wartość ich nieruchomości przy takim sąsiedztwie spadnie. W ramach protestu przyszli też na sesję.

Radni znaleźli się w trudnej sytuacji, ale sprawę rozwiązał sam arcybiskup. Na jego prośbę punkt o sprzedaży działki z sesji wycofano.

– Jako wspólnota ludzi wierzących nie będziemy tworzyć dzieł miłosierdzia w atmosferze wojny – wyjaśnił tę decyzję ks. Paweł Kłys.

Caritas mimo oporów społecznych nie chce jednak rezygnować z budowy osiedla. Rzecznik prasowy organizacji Tomasz Kopytowski podkreśla, że projekt jest ważny i potrzebny, a ludzi, którzy potrzebują szansy na nowy start w Łodzi i w diecezji nie brakuje.

Jednocześnie Cartias nie chce stawiać domków w głuszy, z dala od innych zabudowań. Izolowanie mieszkańców przeczy to bowiem samej idei mieszkań dla osób próbujących na nowo odnaleźć się w społeczeństwie.

- Założenia były takie, że będzie to teren w mieście, pomiędzy ludźmi oraz dobrze skomunikowany, żeby mieszkańcy domków mogli dojechać do pracy, dowieźć dzieci do przedszkola – wyjaśnia Kopytowski.

Sąsiedzi zawsze będą protestować?

Rozwiązaniem byłaby budowa osiedla na działce kościelnej, na gruncie należącym do którejś z łódzkich parafii lub zgromadzenia zakonnego. Wtedy Caritas mógłby działać bez oglądania się na zgodę miasta, a protestującym odpadłby argument o przekazywaniu Kościołowi ziemi za bezcen. Jednak władze organizacji sądzą, że istota problemu się nie zmieni.

- Teren kościelny też przecież będzie miał jakieś sąsiedztwo – mówi Tomasz Kopytowski.

Dla powodzenia integracji ważne jest, by sąsiedzi życzliwie przyjęli nowych lokatorów i pomogli im się odnaleźć w społeczeństwie. Dlatego organizacja jest gotowa rozmawiać z mieszkańcami kolejnych osiedli i rozwiewać ich obawy. - W tych domach nie będą mieszkać osoby przypadkowe. Będą to osoby zweryfikowane, po terapii, gotowe do tego, by o własnych siłach iść przez życie – zapewnia Kopytowski. Do tego każdy lokator będzie miał wyznaczonego opiekuna, który wprawdzie nie będzie mieszkał na miejscu, ale w razie problemów ma interweniować.

Co ciekawe, w Caritasie od początku spodziewano się, że budowa domków może sprawiać kłopoty. Bo podobnie było przed budową hospicjum dla dzieci przy ul. Łupkowej mieszkańcy obawiali się ruchu karetek i ponurego sąsiedztwa.

- Inwestycjom społecznym często towarzyszą protesty – wyjaśniał już w lipcu Tomasz Kopytowski.

Taka sytuacja nie dziwi specjalistów od zachowań społecznych. Socjologia od dawna zna zjawisko nazwane w anglojęzycznej literaturze „not in my backyard”, czyli „nie na moim podwórku”. Zostało ono opisane w latach 70-tych przy okazji protestów przeciwko budowie w Wielkiej Brytanii sieci elektrowni atomowych. Ludzie zwykle boją się, że z powodu nowej inwestycji ich standard życia lub wartość nieruchomości spadnie i głośno protestują. Często protesty są wyrazem lęków i uprzedzeń. To silne zjawisko, dotyczy różnych klas społecznych, a jego wpływ na działania inwestycyjne i politykę bywa ogromny.

Spalarnia, odpady, kolej. Łodzianie protestują nie tylko przeciwko domkom

Często protestują też mieszkańcy Łodzi. W ostatnich latach protestowano nie tylko przeciwko hospicjum, ale też m.in. przeciw budowie zakładu spalającego odpady Veoli na łódzkim Widzewie, czy też rozbudowie zakładu przetwarzającego odpady firmy Remondis na Teofilowie. Ostatnio największe protesty wywołują plany przebiegu Kolei Dużych Prędkości.

Zdaniem łódzkiego psychologa Czesława Michalczyka, takie zachowanie ludzi jest zupełnie naturalne. Wszyscy bowiem chcieliby korzystać z nowych inwestycji, ale mieć je na tyle daleko, żeby im nie przeszkadzały, co nie zawsze jest możliwe.

Psycholog wyjaśnia, że podobny mechanizm dotyczy domków dla uchodźców i bezdomnych.

- To przepiękna inicjatywa arcybiskupa Rysia, wszyscy chcieliby ją wesprzeć i pomóc innym. Ale nie na ich podwórku – mówi psycholog.

Jak podkreśla takich protestów należało się spodziewać, bo pojawiły się już na przykład przy budowie przez Marka Kotańskiego ośrodków dla narkomanów czy osób zakażonych wirusem HIV.

Jego zdaniem w Łodzi odbywa się teraz „podrzucanie gorącego kartofla”, które będzie trwało, dopóki ktoś się nie odważy i nie przyjmie nowych sąsiadów. Wtedy temat ucichnie, bo 10 nowych lokatorów niewiele zmieni na osiedlu.

- Zawsze boimy się tego, co nieznane. Baliśmy się już chorych na AIDS i imigrantów, z czasem okazało się, że nie był to problem – mówi Michalczyk.

od 7 lat
Wideo

Pomysły na ścianę w sypialni

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki