Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Zaginieni z województwa łódzkiego. Co się z nimi stało?

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Rodzina Bogdańskich i dom w którym mieszkali
Rodzina Bogdańskich i dom w którym mieszkali archiwum Dziennika Łódzkiego/materiały policji
Ludzie znikają, zapadają się pod ziemie. Często zagadki ich zaginięcia nigdy nie zostaną rozwiązane. Bywa też, że mają tragiczny finał...

Zaginieni z województwa łódzkiego. Co się z nimi stało?

Minęło prawie 11 lat od zaginięcia Kazimiery Zaremby z Bełchatowa. Kobieta pojechała na parafialną pielgrzymkę do Wilna i już z niej nie wróciła. W sobotę, 29 września 2012 roku koło południa pielgrzymi z Bełchatowa byli w Wilnie. Mieli umówioną mszę świętą w Ostrej Bramie. Kazimiera Zaremba brała w niej udział w mszy świętej Tu widziano ją ostatni raz. Po zakończeniu mszy świętej okazało się, że Kazimiery Zaremby nie ma…

Tu pojawia się kilka wersji wydarzeń. Jedna mówi, że Dziudzia, bo tak nazywano zaginioną, poszła do kiosku kupić widokówki. Nie było jednak znaczków, więc poszła dalej, by ich poszukać. Inni twierdzili, że kobieta poszła szukać toalety…Czas mijał, a kobiety nie było. Tu znów pojawia się inne wersje dotyczące poszukiwań Kazimiery Zaremby. Część pielgrzymów mówi, że czekano na nią 15 minut. Kolejni, że było to 30, a nawet 40 minut. Podobno kilka osób poszło szukać Kazimiery. Inni się denerwowali. Okazało się, że Kazimiera zapomniała ze sobą zabrać telefonu.

Co się wydarzyło na pielgrzymce?

Potem okazało się, że Kazimierę nagrały kamery monitoringu. Najpierw przez 4 godziny krążyła po parkingu na którym zaparkowano autokar. Widać jak Kazimiera Zaremba chodzi po parkingu i łapie za klamki samochodów. Pojawiła się tam godzinę po tym jak odjechał autokar z pielgrzymami. Nocleg znajdował się 80 metrów od tego miejsca! Monitoring uchwycił ją na stacji benzynowej, w innej dzielnicy, przy osiedlu mieszkaniowym. To kilka kilometrów od Ostrej Bramy. Tam ślad się urwał. Była to niedziela 30 września 2012 roku o godzinie 9.20.

Wileńska policja ustaliła, ze Kazimiera Zaremba weszła na stację benzynową. Tam zapytała czy może kupić rumianek. Sprzedawczyni mówiła po polsku. Wytłumaczyła starszej kobiecie, że na stacji benzynowej rumianku nie kupi. Musi iść do apteki. Kazimiera odeszła.

Kiedy ostatni raz nagrały ją kamery znajdowała się na ul. Kalwaryjskiej, była bez płaszcza i torebki..Potem jeszcze chwilę rozmawiała z miejscowym dozorcą.

- Jest mi zimno! - miała powiedzieć…

Choć minęły lata dalej nie wiadomo co stało się z Kazimierą Zarembą.

Zniknęła cała rodzina

Zaginięcie rodziny Bogdańskich to jedno z najbardziej tajemniczych polskich zaginięć Bogdańscy byli normalną, bardzo porządną rodziną. Nigdy nie notowaną w policyjnych kartotekach. Bożena i Krzysztof poznali się w technikum łączności. Ta szkolna miłość skończyła się w 1985 roku na ślubnym kobiercu. Dwa lata po ślubie na świat przyszła Małgorzata, a po sześciu Jakub. Kilka lat mieszkali w centrum Łodzi, ale postanowili wybudować się na działce rodziców Bożeny w Starowej Górze. W tym czasie Bogdańskim powodziło się nieźle. Krzysztof prowadził firmę sprowadzającą z zagranicy części komputerowe. Interes kwitł. Nie tylko wybudowali dom, a przed nim parkowało volvo warte kilkadziesiąt tysięcy złotych. Z czasem jednak rodzina popadła w kłopoty finansowe..Polski rynek zaczął zalewać sprzęt komputerowy i elektroniczny sprowadzany z Chin. Jednoosobowa firma Krzysztofa nie była w stanie wygrać z konkurencją. Policjanci ustalili, że wtedy Bogdański zaczął handlować pirackim oprogramowaniem do Play Station i Wizji TV na giełdzie ze sprzętem elektronicznym i komputerowym na łódzkim ŁKS-ie. Problemy finansowe były coraz większe, a Bogdańscy dalej chcieli żyć na poziomie, którzy osiągnęli. Zaczęli zaciągać kredyty, pożyczać pieniądze od bliższych i dalszych znajomych. Bogdański zaczął też grać na internetowej giełdzie finansowej, gdzie nie zawsze dopisywało mu szczęście. Policjanci obliczyli, że przed zniknięciem jego zadłużenie mogło sięgnąć miliona złotych! Jednak są i tacy, którzy twierdzą, że długi są większe... Tuż przed zaginięciem zrobili maksymalne debety na karta kredytowych. Nie brakowało pośród nich i złotych kart.. W kwietniu 2003 roku rodzina Bogdańskich przepadła bez wieści. Zaginął Krzysztof, Bożena, Małgosia, Kuba i matka Krzysztofa.

Sąsiedzi Bogdańskich wierzą, że może kiedyś Bogdańscy się odnajdą.
- Matka Bożeny tu przyjeżdża, choć ma kłopoty z chodzeniem – mówią. - Ojciec Bożeny to tak przeżył tę sprawę, że umarł. Nie mógł się pogodzić z tym co się stało.
Dom jest zadbany, w ogródku rosną truskawki, wykoszono trawę. Nie wygląda na to, że został opuszczony 20 lat temu.

- Niedawno był tu przedstawiciel banku z Warszawy – mówi jedna z sąsiadek. - Tak się przedstawił. Pytał czy ktoś bywa w tym domu..

Zakonnica ze Zgierza przepadła bez wieści

Niekiedy poszukiwania zaginionych mają tragiczny finał. Jest lipiec 1997 roku. Katarzyna osiem miesięcy wcześniej wstąpiła do klasztoru Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus przy ul. Złocieniowej w Łodzi. Miała właśnie przyjąć pierwsze śluby zakonne. 20-letnią dziewczynę ogarnęły jednak wątpliwości. Nie była pewna czy swe życie chce poświęcić Bogu. Postanawia opuścić klasztor. Katarzyna dostaje dwa bilety tramwajowe i ma wrócić do rodzinnego Zgierza. Tam jednak nie dociera.. Informacje o tym, że zaginęła policja otrzymuje po miesiącu... W klasztorze myśleli, że jest w domu rodzinnym, a rodzina, że dziewczyna jest dalej w zakonie. Zaginięcie Katarzyny zgłosiła rodzina. Rozpoczęto jej poszukiwania. W łódzkiej prasie ukazywały się policyjne komunikaty. Policjanci przeszukiwali dworce, schroniska dla bezdomnych. Nikt nie widział Katarzyny. Nie tracono jednak nadziei, że tajemnica jej zniknięcia zostanie rozwiązana. Przełom nastąpił cztery lata temu. Sporządzono portret, który miał pokazać jak dziś może wyglądać Katarzyna. Jednocześnie zespół psychologów z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi sporządził profil psychologiczny zaginionej dziewczyny. Wynikało z niego, że mogła paść ofiarą przestępstwa lub targnęła się na życie. Policjanci jeszcze raz zaczęli analizować przypadki odnalezionych w całej Polsce zwłok, których tożsamości nie dało się ustalić. Tak natrafili na sprawę z 19 lipca 1997 roku, a więc z dnia w którym Katarzyna przepadła bez wieści. Okazało się, że około godziny 22.20 na dworcu Warszawa – Wawer młoda dziewczyna popełniła samobójstwo. Rzuciła się pod pociąg...Policjanci pokazali zdjęcia rodzinie zaginionej. Identyfikacja nie była łatwa. Matka na 50 – 60 procent była pewna, że to jej córka. Dzięki temu, że nauka tak poszła do przodu udało się wyizolować materiał DNA z ubrania zaginionej. Porównano go z DNA jej matki i siostry. Biegli z zakresu genetyki w wydanej opinii podali, że istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że dziewczyną która popełniła samobójstwo na stacji Warszawa – Wawer jest Katarzyna...Wynika z tego, że tego dnia, gdy opuściła klasztor pojechała do Warszawy i tam dręczona pewnie różnymi wątpliwościami postanowiła targnąć się na życie.

Co się stało z Iwoną?

Iwona Mogiła – Lisowska zaginęła w 1992 roku. Miała 32 lata. Jej ojciec Adam Puzio pamięta prawie każdy szczegół ostatniego spotkania. 10 listopada rano wrócił z Jugosławii, gdzie pojechał na handel. Już kilka minut po ósmej był w domu córki przy ul.Świetlików w Łodzi. Iwonka chodziła po mieszkaniu, paliło się w kominku.

– Postawiłem na stole szampana, bo Iwonka bardzo lubiła ten trunek – wspomina Adam Puzio. – Podziękowała, że o niej pamiętałem. Zapytała czy będę coś robił na budowie, bo pomagałem przy wznoszeniu garażu i budynku gospodarczego. Powiedziałem, że zajmę się tym następnego dnia, bo jestem zmęczony po podróży. Wróciłem do domu. Nie żegnałem się z nią, bo wiedziałem, że wieczorem ma przyjść do nas....

Około 16.00 Iwona razem z mężem przyjechała do matki, która pracowała w sklepie rybnym. Wzięła klucz od domu rodziców, tak jak zwykle zabrała obiad i wróciła do siebie.

– Żona widziała jak Iwonka siedziała w polonezie, nawet jej nie pomachała... – dodaje Adam Puzio. – Wieczorem już do nas nie przyszła. Kiedy rano pojechałem na ul.Świetlików, zastałem tylko zięcia. Zapytałem gdzie Iwonka.

Usłyszał, że nie wróciła na noc. Pomyślał, że pewnie córka jest w pracy. Jako dziennikarka pracowała nie raz nocą. Kiedyś robiła relację z Miss Mokrego podkoszulka. Tak samo myślała jego żona...Adam Puzio twierdzi, że następnego dnia zięć powiedział mu, że córka wyjechała na tydzień do Niemiec. Jeździła tam wcześniej. Pracowała jako kelnerka w restauracji koło Mannheim, prowadziła też jej właścicielom księgowość. Zaginięcie Iwonki zgłoszono więc dopiero 19 listopada, a więc dopiero dziewięć dni po jej zniknięciu.

Jasnowidze w akcji

Dziś Adam Puzio żałuje, że nie zrobił tego wcześniej. am odwiedził kilku jasnowidzów. Reszta zgłaszała się po kolejnych programach telewizyjnych. Było ich ze trzydziestu. Nie było jednego, który powiedziałby, że Iwona żyje.

– Kobieta z Łodzi stwierdziła, że Iwonka się kąpała i zabił ją w łazience wysoki, starszy mężczyzna – opowiada. – Inni kazali szukać zwłok na terenie działki, na której stał jej dom. Przekopaliśmy całą. Jasnowidz z gór wskazał miejsce gdzie postawiony był mur oddzielający dom od ogrodu. Pod nim znaleźliśmy rzeczy w które miała być ubrana Iwonka w czasie wyjazdu do Niemiec i dywan, który w chwili jej zaginięcia zniknął ze stołowego pokoju...Inny jasnowidz wskazał Zalew Sulejowski. Ojciec wynajął płetwonurków.

Nie znaleźli ciała. Wielu kazało szukać zwłok w lasach koło Tomaszowa Mazowieckiego. Jasnowidz z Zielonej Góry wskazał kwartał Łodzi, gdzie miały znajdować zwłoki.

– Kazał mi zrobić dokładną mapę tego terenu – wspomina Adam Puzio. – Drogo mnie to kosztowało. Okazało się, że miejscem jest Cmentarz Żydowski przy ul. Brackiej. Chodziłem tam całymi dniami, zaglądałem do grobów. Nic nie było. Choć jak mówią niektórzy może to być dobry ślad. Ciało podrzuca się do grobów

Zbadano szambo znajdujące się na terenie ogrodu córki. Podejrzewał, że tam mogą tam być zwłoki Iwonki. I w szambie odnaleziono kości. Po ich oględzinach orzeczono, że to najpewniej kości zwierzęce..Dalej nie wiadomo co stało się z Iwoną Mogiłą – Lisowską.

Rodzina Bogdańskich i dom w którym mieszkali

Zaginieni z województwa łódzkiego. Co się z nimi stało?

Ania poszła do apteki

Do dziś nie wiadomo też co stało się Anią Janowską, która zaginęła we wrześniu 1989 roku w samym centrum Łodzi. Była sobota, 16 września 1989 roku. Niedawno rozpoczął się kolejny rok szkolny. Ania, tak jak wielu jej kolegów i koleżanek wróciła z wakacji. Rozpoczęła naukę w piątej klasie Szkoły Podstawowej nr 150 przy ul. Żwirki w Łodzi. Była dziecięcą modelką, należała do zespołu "Krajki Rodzice kupili Ani espadryle. Białe, płócienne buty ze zrobioną ze sznurka podeszwą.

Wtedy marzenie każdej dziewczynki. Ania założyła na nogi espadryle. Około godziny 13.00 wyszła z domu. Miała iść do apteki po krople do oczu, robione na zamówienie. Do apteki, która znajdowała się w budynku nie istniejącego już domu handlowego „Juventus” nie miała daleko. Mieszkała na al. Kościuszki. Wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy. Potem dziewczyna miała pójść na małe targowisko znajdujące się koło Domu Handlowego „Central”. I tam w jednym z warzywniaków kupić kiszoną kapustę. Potem miała wrócić do domu... Ale Ania do domu już nie wróciła.

Kiedy nie pojawiła się z nim po kilkudziesięciu minutach zaniepokojeni rodzice zaczęli jej szukać...Zgłosili zaginięcie policji. Ta jednak nie od razu podjęła działania. Do dziś wiele osób zastanawia się dlaczego milicja rozpoczęła poszukiwania Ani dopiero w niedzielę, choć zgłoszenie o zaginięciu przyjęto już w sobotę. Nieżyjący już Jan Płócienniczak, który prowadził program „997”, wtedy podpułkownik milicji, pracownik Biura Kryminalnego Komendy Głównej MO, próbował tłumaczyć milicjantów. Mówił, że wtedy w ciągu roku w Łodzi zgłaszano blisko 500 zaginięć, a 98 procent z tych zaginionych potem się znajdowało.

Rodzice Ani poruszyli niebo i ziemię, by znaleźć córkę. Odwiedzali jasnowidzów, radiestetów. Bez rezultatu. Gdyby Ania została uprowadzono, nawet za granicę, jak niektórzy przypuszczali, to przecież nawet po latach by się odezwała. Chyba, że ktoś zmienił jej psychikę...Śledztwo w sprawie Ani umorzono po trzech - czterech latach od chwili jej zaginięcia. Po latach do mamy dziewczynki zgłosili policjanci. Okazało się, że chcieli pobrać materiał DNA. Do tej pory nie wiadomo co stało się z Anią.

Zaginiona dziennikarka

Barbara Chrzczonowicz na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku była osobą znaną w mieście. Pracowała już wtedy w Łódzkim Ośrodku Telewizyjnym. Była jedną z popularniejszych dziennikarek. Często pojawiała się w głównym wydaniu Dziennika Telewizyjnego, nadając m.in relację z budowy kopalni w Bełchatowie. Basia skończyła filologię rosyjską i anglistykę. To dzięki niej odbywały się Łódzkie Spotkania Teatralne. Była nawet radną ówczesnej Rady Narodowej Miasta Łodzi z rekomendacji Socjalistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich. Potem zaczęła pracować w telewizji.

Kiedy nastał czas przełomu Barbara Chrzczonowicz związała się z „Solidarnością”. Po wybuchu stanu wojennego nie została pozytywnie zweryfikowana. Musiała odejść z telewizji. Bardzo to przeżywała, załamała się psychicznie. Telewizja była dla niej wszystkim.

Barbara Chrzczonowicz mieszkała w przedwojennej kamienicy przy ul. Kilińskiego 82. Od dawna nie żyli jej rodzice. Umarli, w odstępie kilku miesięcy, kiedy miała 16 lat. Jej ojciec profesor Stanisław Chrzczonowicz wykładał na Politechnice Łódzkiej. Był jednym twórców teorii polimerów. Matka pracowała w aptece.

Nadszedł grudzień 1986 roku. Sąsiedzi zauważyli, że od dłuższego czasu nie widać Barbary, nie wyprowadza psów, nie przyszła na umówione lekcje angielskiego. Nie było to w jej stylu, bo należała do obowiązkowych ludzi. Odwiedzili jej dom. Drzwi otworzył mąż. Powiedział, że pokłócił się z żoną, a ta trzasnęła drzwiami i wyszła. Od tej pory ślad po niej zaginął...
Barbara Chrzczonowicz miała w swoim życiu sporo mężczyzn. Ale nagle pojawił się kolejny, który po miesiącu czy dwóch miesiącach znajomości został jej mężem. Poślubiła rok przed zaginięciem. To nagłe zamążpójście zadziwiło jej dawnych znajomych.

Co zrobił mąż?

Podobno Barbara poznała swojego męża na jakiejś imprezie towarzyskiej. Sąsiad twierdzi nawet że ten człowiek był wcześniej zameldowany w tej kamienicy. On jednak nigdy, zanim nie ożenił się z Basią, go nie widział.

Niektórzy z sąsiadów Barbary pamiętają jej męża. Był drobny, nie za wysoki, zawsze przemykał pod ścianą, ubrany w szarą kurtkę. Nie chciał rzucać się w oczy...Nikt nie chce o tym oficjalnie powiedzieć, ale nie miał podobno ciekawej przeszłości.
Po zaginięciu działy się ciekawe rzeczy. Nikt oficjalnie nie zgłosił zaginięcia dziennikarki. Przeszukania mieszkania Barbary Chrzczonowicz dokonano po roku od jej zaginięciu.

– Jednak nic nie znaleziono! – Mieszkanie wyglądało tak, jakby Barbara Chrzczonowicz przed chwilą z niego wyszła. On, czyli jej mąż, nic w tym mieszkaniu nie zmieniał!

Jej mąż od początku był głównym podejrzanym. Kiedy zaczęto szukać Basi tłumaczył, że pojechała do koleżanki do Warszawy. Jednak tam jej było.

Jedna z hipotez mówi, że ciało Barbary Chrzczonowicz mogło zostać rozpuszczone w wannie. Wcześnie mogło dojść, tak jak to słyszeli sąsiedzi, do awantury małżeńskiej. Być może podczas tej awantury doszło do nieszczęśliwego wypadku… Mąż Barbary był zatrzymywany, zwalniany, nie było przeciw niemu dowodów. Ponoć za granicę. Miał się znaleźć w Stanach Zjednoczonych, potem wyjechać Meksyku. Podobno nie żyje. Miał zginąć w tajemniczych okolicznościach...To tylko nie sprawdzone informacje,

od 7 lat
Wideo

21 kwietnia II tura wyborów. Ciekawe pojedynki

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki