Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Czterdzieści lat temu w bloku na Retkini wybuchł gaz. Zginęło osiem osób

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Tragedia na Retkini miała  miejsce 40 lat temu..
Tragedia na Retkini miała miejsce 40 lat temu.. archiwum Dziennika Łódzkiego
Od tej tragedii mija dziś czterdzieści lat. Jednak wielu mieszkańców Łodzi dalej ją pamięta. Nagle z powierzchni ziemi zniknęły dwie klatki bloku przy ul. Dzierżyńskiego (obecnie Armii Krajowej) na łódzkiej Retkini.

Czterdzieści lat temu w bloku na Retkini wybuchł gaz...

Od tej tragedii minęło czterdzieści lat. Jednak wielu mieszkańców Łodzi dalej ją pamięta. Nagle z powierzchni ziemi zniknęły dwie klatki bloku na łódzkiej Retkini.

Anna w tym wybuchu straciła matkę. Jeszcze dziś jak wspomina tamte chwile w jej oczach pojawiają się łzy. Była już wtedy mężatką, miała własne dzieci. Ból pozostał.

Dalej nie mogę o tym mówić -twierdzi...

Była środa, 7 grudnia 1983 roku. Świeciło słońce, był lekki mróz. Dzień wcześniej dzieci mieszkające w bloku przy ul. Dzierżyńskiego, dziś mieszącego się na ul. Armii Krajowej, odwiedził Mikołaj. Rano wielu jego mieszkańców poszło do szkoły, pracy. Tak jak Stanisław Szulczewski. Przed siódmą opuścił swoje mieszkanie w piątej klatce. Nie przeczuwał, że może zdarzyć coś złego. Tak jak zwykle wypił herbatę, spakował kanapki i poszedł na przystanek. Do domu wrócił po godzinie 14. Gdy wysiadał z autobusu nie wiedział, że kilkadziesiąt minut wcześniej w jego bloku doszło do tragedii. Ale gdy szedł od przystanku zaniepokoiło go, że wszędzie jest dym, dziwny swąd.

– Ale wtedy na Retkini było sporo gospodarstw rolnych – wspominał nam Stanisław Szulczewski. – W jednym z nich chodziła młocarnia, więc pomyślałem że to od niej ten dym i swąd...

Przeszedł kilkadziesiąt metrów dalej i zamarł. Jego blok był ogrodzony, wszędzie stali milicjanci. Nie patrzył na nic. Przeskoczył przez zapory i pobiegł zobaczyć co z jego mieszkaniem. Odetchnął, gdy zobaczył jego okna. W pokoju stołowym były nawet szyby.

Stanisław Szulczewski opowiadał nam, że początkowo nie było widać rozmiaru tragedii. Wokół tylko para, dym. Dopiero po pewnym czasie zobaczył, że jego blok nie ma dwóch pierwszych klatek.

Zamiast klatek była kupa gruzu, która sięgała po pierwsze piętro! – mówił pan Stanisław.

Kiedy doszło do tragedii w domu była jego synowa z małym dzieckiem. Nagle usłyszała wielki huk. W oknie w kuchni wypadła szyba. Wyjrzała przez nie. Ulicą biegła jakaś kobieta i wołała: Pani uciekaj szybko, bo się blok wali...Nie czekała długo. Wzięła dziecko i wybiegła na ulicę...

Koparka zaczęła się ślizgać

Przed tragedią rozpoczęto odwodnianie bloku przy ul. Dzierżyńskiego, bo woda wpływała do piwnic. Koparka pracowała od kilku dni. Stanisław Szulczewski wspomina, że dzień przed wybuchem poszedł nawet zobaczyć co tam robią. Zajrzał do dołu, który wykopali. Nie był za głęboki. Już po wybuchu pan Stanisław słuchał w telewizji majstra, który opowiadał reporterom, którzy zjechali się z całej Polski, o tym co się tu wydarzyło. Operator zaczął kopać dół, ale koparka zaczęła mu się „ślizgać”. Poszedł więc z kolegami zjeść śniadanie.

Gdy wrócił, to tak dobrze przyłożył, że coś zaczęło syczeć - opowiadał Stanisław Szulczewski – Poszła rura, którą przepływał gaz. Operator powiedział do majstra, by ją wyrwać, by gaz poszedł na zewnątrz. Majster nie kazał nic ruszać. Stwierdził, że jak się coś stanie, to będzie na nich. Robotnicy wsiedli więc w samochód i pojechali do administracji osiedla. Administracja zadzwoniła do gazowni, ale tam powiedzieli, że mają awarię w przedszkolu czy żłobku, jak skończą tam, to przyjadą na ul. Dzierżyńskiego. W gazowni kazali zakręcić zawory. Robotnicy jednak nie mogli znaleźć zaworów, pootwierali okna w piwnicach...

Eksplozja przerwała ciszę..

Pan Stanisław mówił nam, że lokatorzy i tak mieli szczęście. Piwnice były przegrodzone. Gdyby nie ściana w drugiej klatce, to gaz poszedłby po całym bloku.

I wszystko wyleciałoby w powietrze! – dodawał.

Po tej tragedii w łódzkim tygodniu „Odgłosy” ukazał się reportaż opisujący retkińską tragedię. Do wybuchu doszło około godziny 13.30.

Potworna eksplozja przerwała ciszę, która panowała na osiedlu – pisali reporterzy „Odgłosów”. - Fala powietrza wymiotła szyby w oknach sąsiednich bloków. Chmura pyłu i dymu osłoniła na chwilę wszystko. Kiedy opadła tam gdzie stał pierwszy segment bloku, dwie klatki, sterczała potrzaskana piramida rozszarpanych wybuchem płyt. Do połowy drugiego piętra tworzyła się góra gruzu, pociętego żelastwa, prętów, rur, kabli. Na tym wszystkim sterczała obnażona ściana reszty ocalałego bloku. Prostokąty pomalowanych lub tapetowanych ścian, które przed minutą były dla kogoś domem. Ciepłym i bezpiecznym. Na jednym z prostokątów trwał jeszcze, zupełnie już bez znaczenia, kawałek czyjeś kuchni. Drewniane półeczki pełne jeszcze słoików z przyprawami, kolekcja drewnianych łyżeczek i desek, kilka włocławskich talerzy.

Na miejscu tragedii pojawiły się karetki pogotowia, straż, milicja. Reporterzy zanotowali, że drobna, siwowłosa kobieta otacza ramieniem płaczącą kobietę i prowadzi ją do karetki. Siwowłosą kobieta była dr Łuczkowska, szefowa zespołu pomocy doraźnej dla dzielnicy Polesie. Najpierw trzeba było udzielić pomocy zszokowanym, pokaleczonym ludziom, którzy znaleźli się akurat w sąsiedztwie wybuchu. Młody człowiek wyszedł akurat wyrzucić śmieci. Wybuch rzucił nim o słup latarni. Jest w szoku, nie dał odwieść się do szpitala. Tam została jego żona.

Reporterzy zwrócili uwagę na młodego człowieka, który podszedł do grupy strażaków.

Panowie nie znaleźliście mojej córeczki? - pytał ich. - Taka blondyneczka, 2 latka, w białych rajtuzach...I żona, Elżbieta Staszczyk... Ja jestem mąż, Staszczyk z czwartego piętra.

Opisywano też historię Ireneusza Kamińskiego, mieszkańca bloku 214, który był kierowcą MPK. 7 grudnia jeździł autobusem po Retkini. Tego dnia przejeżdżał wiele razy koło swego bloku. Raz odruchowo spojrzał w jego stronę...Bloku nie było...Zostawił autobus na poboczu i przybiegł do miejsca, gdzie mieszkał.

Nie słyszeliście nic? - miał mówić krążąc wśród ekip ratowniczych. - Tam żona została, na pierwszym piętrze.

Osiem ofiar wybuchu

Jak pisali reporterzy „Odgłosów” spod gruzu wydobyto 2-letnią dziewczynkę. Nie doznała większych obrażeń... Potem usłyszano głos kobiety uwięzionej w gruzie płyt. Wzywała pomocy...Była w szoku i ciężko ranna w nogi.

To moja żona! - krzyczał uradowany Staszczyk.

Z gruzów wydobyto jeszcze jednego żywego mężczyznę. Udało się go uratować. Potem spod gruzów ratownicy wyciągnęli 13-letniego Darka. Żyje. Ale jego historia nie zakończyła się happy endem...

W sumie wybuchł pochłonął osiem ofiar. Jak potem jednak podawano w prasie jedna z kobiet, Jadwiga Dziurdzińska zmarła w szpitalu im. Madurowicza. Nie była jednak ofiarą wydobytą z gruzów zawalonego bloku. Była bezpośrednim świadkiem wybuchu i umarła na skutek doznanego szok. Nie przeżył też 14-letni Darek Kaszuba. Umarł w szpitalu im. Kopernika. Doznał krwiaka mózgu, odmrożeń, doszło do niewydolności nerek...Podobno tuż przed wybuchem przybiegł na chwilę do domu, by wprowadzić psa. Miał za chwilę wyjść.

7 grudnia 1983 roku w gruzach bloku nr 214 zginęła też Janina Kamińska oraz pięcioosobowa rodzina Gerstmannów: Stanisław, Helena, Przemysław, Krzysztof i Bartek. Profesor Stanisław Gerstmann był wybitnym psychologiem, a jego syn Przemysław nadzieją polskiej psychologii. Obaj pracowali na Uniwersytecie Łódzkim. Z książek profesora do dziś uczą się studenci psychologii.
Profesor Gerstmann przyjechał do Łodzi w 1959 roku z Lublina. Zaczął pracować na Uniwersytecie Łódzkim.

Z czasem został kierownikiem zakładu psychologii, a dzięki jego staraniom psychologia została odrębnym kierunkiem studiów na łódzkiej uczelni. Profesor był m.in. członkiem: Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, Łódzkiego Towarzystwa Naukowego, Polskiego Towarzystwa Higieny Psychicznej, Komitetu Nauk Psychologicznych PAN.

Dostał również liczne nagrody oraz odznaczenia państwowe w tym Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Interesował się psychologią wychowania, metodologicznymi problemami psychologii, psychologią ogólną. Doktor Przemysław Gerstmann, syn profesora, miał kontynuować dzieło ojca. Był świetnie zapowiadającym się naukowcem. Bardzo kontaktowym, lubianym przez studentów, zżyty z nimi.

Uratowały go śmieci

Wybuch gazu przeżyła wspomniana już wcześnie, w relacji „Odgłosów” rodzina, która mieszkała na czwartym piętrze i w czasie tragedii była w domu. Stanisław Szulczewski wspominał nam, że tuż przed wybuchem żona kazała wyrzucić mężowi śmieci. Ona została w domu z małym dzieckiem. Mężczyzna wyrzucił śmieci, wrócił do domu, zostawił wiadro i jeszcze raz zszedł na dół.

Powiedział do żony, że przed ich klatką jest jakieś zamieszanie, więc pójdzie sprawdzić co się stało. Zszedł na dół i usłyszał wybuch. Podobno też przez wybuchem robotnicy przebiegli po mieszkaniach i prosili lokatorów, by opuścili mieszkanie. Zadzwonili też do Gerstmannów. Odwiedził ich syn Krzysztof, który mieszkał na morzem. Przyjechał po wózek dla swojego nienarodzonego jeszcze dziecka. Gerstmannowie mieli powiedzieć, że kończą właśnie obiad i zaraz wyjdą. Tego dnia wszyscy mieli odprowadzić Krzysztofa na dworzec...

Stanisław Szulczewski wspominał, że po tragedii na trzy dni wyprowadzono wszystkich mieszkańców bloków. Ci co chcieli poszli do hotelu, inni do rodziny, znajomych. Przed klatkami stali milicjanci i pilnowali, by nikt nie wszedł do środka.

Ja wszedłem mimo zakazu do mieszkania, by zabrać niezbędne rzeczy - mówił pan Stanisław. Gdy po trzech dnia wrócili do bloku, to nie mieszkało się w nim przyjemnie. Zwłaszcza, gdy co dzień przechodziło się koło tej kupy gruzu, gdzie zginęło tyle osób. Ale już w czerwcu dwie zburzone klatki odbudowano, wprowadzili się nowi lokatorzy.

Po tej tragedii wszystkim lokatorom bloku nr 214 zaproponowano inne mieszkania. Wiele osób zdecydowało się na wyprowadzkę. Dostali nowe M na Retkini, Chojnach, Radogoszczu. Ze zburzonych klatek nikt nie wrócił do starych mieszkań.

Kto był pierwszy, to dostawał lepsze mieszkanie – wyjaśniał Stanisław Szulczewski. – Potem zostały same partery, czwarte piętra. Ja tu mieszkałem na pierwszym piętrze, a zaproponowali mi parter. Zostałem więc w tym bloku. W mojej klatce mieszka jeszcze chyba trzech lokatorów nie zdecydowało się na przeprowadzkę.

Po tragedii przez jakiś czas na Wszystkich Świętych ludzie palili znicze w miejscu wybuchu. Ale choć od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło już czterdzieści lat mieszkańcy Retkini pamiętają o tym co stało się w bloku nr 214.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Chcemy żyć wolniej - ciekawa analiza

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki