Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Dawnych studniówek czar, czyli jak się kiedyś bawiono na studniówkach w Łodzi

Anna Gronczewska
Dawne studniówki w Łodzi
Dawne studniówki w Łodzi archiwum Dziennika Łódzkiego
Trwa okres studniówek. Tegoroczni maturzyści bawią się hucznie, ale nie przestają myśleć o czekającym ich w maju najważniejszym egzaminie. A jak wyglądały dawniej bale maturzystów?

Przed wojną, a także w latach czterdziestych i do połowy pięćdziesiątych bawiono się na balach maturalnych. Odbywały się już po zdaniu egzaminu dojrzałości. W ten sposób maturzyści i ich nauczyciele żegnali się ze szkołą. Studniówki, które symbolizują 100 dni dzielące od egzaminu dojrzałości, zastąpiły bale maturalne na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Do dziś każdą studniówkę rozpoczyna polonez. Jeszcze kilka lat temu był to polonez Michała Ogińskiego. Teraz młodzież coraz częściej wybiera poloneza Wojciecha Kilara z „Pana Tadeusza”.

Kiedyś wszystkie studniówki odbywały się w szkolnych salach gimnastycznych. Na tę jedną noc w roku zamieniały w dno oceanu, prehistoryczną jaskinię, japoński ogród, a nawet... piekło. Kiedyś tak udekorowano sale podczas studniówki w XX LO w Łodzi. Na ścianach wisiały portrety diabłów i diablic, którymi byli nauczyciele szkoły. Nikt się jednak nie obraził...

Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi, maturę zdawała w łódzkim XXVI LO w 1978 roku. Studniówka miała miejsce pod koniec stycznia. Ale przygotowania do niej trwały kilka tygodni. Utworzono zespoły, które zajmowały się oprawą artystyczną i plastyczną. Hanna Zdanowska należała do tej drugiej grupy. Do dziś pamięta jak wyglądała dekoracja szkolnej sali gimnastycznej i auli.

- Zamieniliśmy je w sale mórz i oceanów - opowiadała nam prezydent Łodzi. - Nawiązywało to do tradycji harcerskiej drużyny wodniackiej, która istniała w naszym liceum.

Uczniowie sami wykonali dekorację. Na ściany założono siatki wojskowe, które imitowały sieci. Na nich zawieszono rysunki ryb, ośmiornic, raf koralowych. Podczas studniówki maturzyści czuli się jakby byli na dnie oceanu.

ZOBACZ STUDNIÓWKI W ŁODZI

Przygotowania dekoracji trwały długo. Uczniowie zostawali po lekcjach. Przychodzili do szkoły w weekend. Narodziły się wtedy więzi, które przetrwały lata. XXVI Liceum Ogólnokształcące było wtedy jednym z najlepszych łódzkich liceów, ale też słynęło z żelaznej dyscypliny, o którą dbał nieżyjący już dyrektor Henryk Konarzewski.

Nikt wówczas nie pomyślał, by na studniówkę przyjść w wymyślnej kreacji. Chłopcy zakładali garnitury, a dziewczyny granatowe lub czarne spódnice i białe bluzki. Hanna Zdanowska podczas swojej studniówki miała na sobie długą, granatową spódnicę, specjalnie uszytą na tę okazję oraz białą, stylową bluzkę. Na studniówkę nie wolno było przyprowadzić osoby towarzyszącej, ale udało się skompletować damsko-męskie pary, dzięki temu, że na przykład w klasie humanistycznej dominowały dziewczyny, a w sportowej chłopcy.

Do tańca nie grała orkiestra, muzykę puszczano ze szpulowego magnetofonu. Studniówka zaczynała się polonezem, który wcześniej długo ćwiczono. Oczywiście nie było alkoholu. Hanna Zdanowska nie przypomina sobie, by pito go w ukryciu. Przy dyrektorze Konarzewskim nikt by nie odważył się tego zrobić.

- Byłam potem na studniówkach jako osoba towarzysząca - mówiła nam Hanna Zdanowska. - Były to męskie szkoły, jak technikum budowlane czy mechaniczne. Wiem, że tam chłopcy przemycali alkohol w butelkach po oranżadzie.

Zygfryd Kuchta, były reprezentant Polski w piłce ręcznej, trener reprezentacji i brązowy medalista olimpijski z Monachium, nie może pokazać zdjęć ze studniówki. Bo... jej nie miał! Choć przygotowania do tego balu, który miał się odbyć na początku 1963 roku były już zaawansowane. Sportowiec chodził do technikum przetwórstwa papierniczego.

- Studniówki nie było, bo moi koledzy trochę narozrabiali - opowiada Zygfryd Kuchta. - Zatrzymała ich policja, a w zasadzie milicja. Chodziło o jakąś bijatykę. I dyrektor naszego technikum uznał, że musi być kara. Oznajmił więc, że nie będzie studniówki.

Pan Zygfryd przyznaje, że spodziewali się kary, ale nie myśleli, że będzie aż taka...

Studniówka piosenkarza Krzysztofa Cwynara też różniła się od balów jego kolegów. Maturę zdawał w liceum w Gliwicach. Studniówki w szkole nie zorganizowano, ponieważ dyrektor liceum był w nie najlepszej kondycji zdrowotnej. Jednak młodzież nie dała za wygraną. Postanowiła urządzić studniówkę na własną rękę. Zrobili ją w mieszkaniu jednego z kolegów.

- Na tej studniówce dopiero poznałem prawdziwą moc alkoholu - wspomina Krzysztof Cwynar. - Jako chłopiec z dobrego domu, dobrze wychowany, wcześniej nie miałem w ust żadnego alkoholu. A na tej studniówce wypiłem całego szampana. Czułem się po tym strasznie. Bolała mnie głowa, wirował cały świat. Wieczór miałem z głowy. Koledzy się ze mnie śmiali, bo sami mieli już alkoholową praktykę. Po tym wydarzeniu długo alkoholu do ust nie wziąłem.

Krzysztof Cwynar opowiada, że choć studniówka odbywała się nie w szkole, a w prywatnym mieszkaniu, to zabawa była fajna. Wszyscy elegancko się ubrali. Dziewczyny założyły nawet czerwone podwiązki.

- Tyle że założyły je na kostki - dodaje piosenkarz. - Pewnie ze względu na rodziców kolegi, którzy na czas studniówki nie opuścili domu.

Bawili się przy dźwiękowych pocztówkach puszczanych na adapterze, m.in. w rytm „Only You” zespołu The Platters.

Na wspomnienie swojej studniówki piosenkarz Andrzej Rybiński tylko się uśmiecha.

- To zamierzchłe czasy! - mówi autor i wykonawca takich przebojów, jak „Nie liczę godzin i lat” czy „Pocieszanka”. Andrzej Rybiński maturę zdawał w 1966 roku w nieistniejącym już XI LO w Łodzi. Mieściło się przy ul. Spornej, w części klasztoru bernardynów. Oczywiście studniówka odbywała się w sali gimnastycznej.

- Nikomu by nie przyszło do głowy, by studniówkę zorganizować w restauracji - twierdzi pan Andrzej. - Zresztą w Łodzi nie było nawet odpowiednich ku temu knajp.

W XI LO było kilka zespołów muzycznych, które grały na studniówce. W tym zespół Andrzeja Rybińskiego. Piosenkarz pamięta, że pokątnie wypiło się wtedy z kilka lampek wina.

- Tylko dla animuszu, by poprosić do tańca nauczycielkę - opowiadał nam Andrzej Rybiński . - Nikomu nie przyszło do głowy, by się upijać.

Pan Andrzej pamięta, że poprosił do tańca swoją wychowawczynię Teodorę Golis, która uczyła go geografii. Przyznaje, że podchodził do niej z obawą.

- Mieliśmy trochę na pieńku z panią profesor - tłumaczył piosenkarz. - Muszę się przyznać, że nie należałem do zbyt zdyscyplinowanych uczniów.

Kazimierz Kowalski, znany polski bas, były dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi, dziś dyrektor Polskiej Opery Kameralnej, śmieje się, że między 1968 a 1974 rokiem miał okazję być na niemal wszystkich łódzkich studniówkach. Do tańca grały tam bowiem zespoły, w których występował: Białe Kruki i Dziwne Rzeczy. - Graliśmy w technikach, liceach - opowiada Kazimierz Kowalski. - Bardzo lubiliśmy studniówki w liceum medycznym przy ulicy Narutowicza. Spotykaliśmy na nich najładniejsze łódzkie dziewczyny.

Pan Kazimierz przypomina, że na tych studniówkach grali największe światowe przeboje, jak „Diana”, ale i też własne utwory, jak chociażby „Gdy słyszę uderzenie zegara”.

- Wtedy młodzież najchętniej bawiła się przy takich wolnych, „przytulanych” tańcach - dodaje artysta operowy. - Ale gdy graliśmy „Yellow River”, zaczynało się rockandrollowe szaleństwo.

Kazimierz Kowalski dobrze pamięta też swoją studniówkę. Odbywała się przed maturą, którą zdawał w liceum wieczorowym mieszczącym się w gmachu III Liceum Ogólnokształcącym przy ul. Sienkiewicza.

- Zacząłem naukę w dziennym liceum, a potem zaliczyłem jeszcze dwa wieczorowe - wyjaśnia Kazimierz Kowalski. - Myślę, że to ostatnie skończyłem tylko dzięki mojej polonistce, Krystynie Korcz, siostrze znanego kompozytora Włodzimierza. Gdy nie było mnie na lekcjach, to zaraz dzwoniła do mamy...

Kazimierz Kowalski podczas studniówki miał 19 lat. Razem z nim bawili się znacznie starsi koledzy. Ważnym elementem był program artystyczny, który przygotowywała z uczniami Krystyna Korcz. Pan Kazimierz nie brał w nim udziału, bo zajmował się muzyczną oprawą.

- Uczniowie byli pełnoletni, więc alkohol był oficjalnie, oczywiście w umiarze - zastrzega Kazimierz Kowalski. - Jedzenie przygotowywaliśmy sami przy pomocy rodziców. Pamiętam pyszne sałatki jarzynowe i szynkę, na co dzień stanowiła towar deficytowy. Ale na studniówce nie mogło niczego zabraknąć!

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Konopia spowalnia raka?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki