"Dzieci widzą duchy": dzieci mają rację, dlatego są pożerane przez dorosłych

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Był ciemny, ciemny las, a w tym ciemnym, ciemnym lesie... stanął Mariusz Grzegorzek, by ze sceny łódzkiego Teatru im. S. Jaracza potrząsnąć dorosłością, która zagryzła dziecko w sobie.

Spektakl „Dzieci widzą duchy” to - zgodnie z zapowiedziami reżysera, autora opracowania dramaturgicznego, muzycznego, scenografii i reżyserii świateł, Mariusza Grzegorzka - zamknięcie w dostojeństwie instytucjonalnego teatru tryptyku, na który składają się również „Pomysłowe mebelki z gąbki” i „Nie jedz tego! To na święta!” zrealizowane ze studentami łódzkiej Szkoły Filmowej, gdy artysta postanowił przekroczyć ograniczenia interpretacji rzeczywistości tradycyjną, linearną opowieścią i odpowiedzieć na migotliwą, niepewną naturę współczesności intensywnym, afektywnym scenicznym kolażem. Okazało się, iż energię uruchomioną z aktorskimi debiutantami nie tylko można przenieść do żywiołu zawodowych aktorów, ale znacząco ją wzbogacić. Gdy wcześniej tematy niosły wiara w obraną profesję, entuzjazm świeżości, optymizm ulokowany w przyszłości, teraz pojawiły się większe doświadczenie, wypracowana świadomość i wiedza, że piękno (również aktorstwa) ma swoją ciemną stronę. Mariusz Grzegorzek tryptyk sfinalizował, ale forma, jaką zaproponował pozostaje otwarta - zdaje się nawet być gotowa na gorzkie spotkanie z dojrzałymi aktorami, którzy o życiowych uniesieniach i rozczarowaniach wiedzą wszystko.

Przy całym naładowaniu patchworkowej konstrukcji widowiska niepokojącymi znaczeniami, poetyką charakterystyczną dla autora przedstawienia oraz wstrząsającymi scenami i historiami (np. jedzenie Mateusza Więcławka przez Mikołaja Chroboczka czy wspomnienie psa, którego uśmierciła niefrasobliwość) pozostaje ono wyrazem radości i satysfakcji z grania, tworzenia, bycia w teatrze, skrywających ciężką, zespołową pracę. Właśnie sztuka, istniejąca dopiero w relacji z widzem, może nas jednym obrazem czy emocją otworzyć na to, co ukryte oraz skutecznie i bezpiecznie przez te rejony przeprowadzić. Mariusz Grzegorzek i aktorzy przedstawienia - rozpościerający przed publicznością prywatne reminiscencje - sięgają do dziecięcych lęków, ran, traum, które postaraliśmy się powyrzucać z pamięci, ale które utkwiły w osobowości, umyśle, duszy, czy co tam kto jeszcze ma, oddziałując na nasze relacje z otoczeniem i samymi sobą. Mariusz Grzegorzek wykorzystuje elementy rozmaitych światów: od disco polo po baśń, od mrocznej klasyki po zadziwiającą twórczość wypełniającą odmęty Internetu, żongluje nastrojami, śmieszy, tumani, przestrasza, by poigrać z przekonaniem, że dorosłość to najwyższa forma rozwoju. Kastrując pamięć z tego, w co wierzyliśmy i czego baliśmy się jako dzieci, zachłysnęliśmy się pazernością, przedkładając samochody nad przyrodę, a piaskownicę, w której się wspólnie bawiliśmy zamieniliśmy w pole bitwy z głęboko wykopanymi rowami. I choć dziecko, z którego nie wyrośliśmy, pozostaje wymagającym nierzadko terapii bagażem, nie ma co z nim walczyć, a tym bardziej go pożerać. Właśnie w nim Mariusz Grzegorzek widzi tak przewrotnie wybrzmiewającą w finale tego wymagającego spektaklu nadzieję. Bo jeżeli nie zabijemy dziecka w sobie, tylko weźmiemy za rękę, to jeszcze w wędrówce na skraj drogi czeka nas nieco doznań autentycznych. A i Ziemię oddamy kolejnym dzieciom w lepszym stanie.

Na praktycznie pustej scenie, z kilkunastoma podwieszonymi metalowymi prętami i wizualizacjami, reżyser komponuje zachwycające plastyczne obrazy, podbijając je niejednokrotnie zaskakującą muzyką. Efekt wzmacniają nasycone szczegółami, bogate drapieżnym dialogiem z pojęciami mody i kiczu, robiące wrażenie kostiumy Tomasza Armady.

Tę bombę emocji wzięła na swoje barki grupa młodych aktorów teatru i eksplodowała talentem, wyjątkowością, magią. Fenomenalni są wszyscy - Agnieszka Skrzypczak, Paulina Walendziak, Elżbieta Zajko, Marek Nędza, Mikołaj Chroboczek, Mateusz Czwartosz, Mateusz Więcławek - wspólnie i każdy samodzielnie. Imponują odmiennymi warunkami i osobowościami, które w scenicznej współpracy zazębiają się w porywający teatralny mechanizm. Śpiewają zaś w różnych konwencjach jak diabelski chór aniołów, który zagarnął muzykę świata (praca sprawującej opiekę wokalną Izy Połońskiej zasługuje na specjalną symfonię). Już są wyśmienici, a zapowiadają swoją jeszcze wspanialszą przyszłość. Kolosalna przyjemność z obcowania z artystycznymi diamentami, współtworzącymi być może najciekawszy obecnie zespół aktorski w Polsce.

Dzięki takim przedstawieniom ciemna... to znaczy, ciemny las, w którym jesteśmy, nieco się rozjaśnia.

Danuta Stenka w nowym serialu "Nieobecni". Jak go ocenia?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie