„Greenland”: Czy dinozaury wyginęły nie przez kometę, ale z nudów? [RECENZJA]

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Udostępnij:
W sumie to niezła sztuka. Zrealizować film o zagładzie Ziemi, dokonanym przez kometę większą niż ta, która unicestwiła dinozaury, nie wywołujący żadnych emocji. A może tego typu zagrożenie już po prostu na nas nie działa?

Ileż to razy spoglądaliśmy w niebo, w obawie, że stamtąd nadejdzie koniec ludzkości. Tymczasem rzeczywistość, w jakiej się znaleźliśmy, przypomniała, iż ostateczne lanie potrafimy sobie zgotować sami, tu na Ziemi. W kinie komety zagrażały nam wielokrotnie, na ich poskromienie wysyłaliśmy w kosmos nawet takich twardzieli, jak Bruce Willis. Gdy spokojnie siedząc w fotelach syciliśmy się w miarę przyjazną codziennością, tego typu efektownie rozpościerane na ekranie niebezpieczeństwa miały moc ekscytacji. Teraz jednak pandemia i znudzona sobą ludzkość to może nie najlepszy moment, by ściągać nam kometę na głowę po raz kolejny...

Obojętnie, czy przyczyn będziemy szukali w pandemicznych okolicznościach czy w samym filmie, nie da się ukryć, że ponownie opowiedziana w „Greenland” historia ciała niebieskiego, nadciągającego na Ziemię z powtórką zamknięcia rozdziału w stylu sprzed 66 milionów lat, jakoś nie działa. Obraz Rica Romana Waugha to swoista powtórka głośnej produkcji „2012” Rolanda Emmericha, w znacznie skromniejszej oprawie, ale również próbująca łączyć totalną zagładę z kłopotami rodziny.

Inżynier John Garrity, zajmujący się stawianiem wieżowców, przeżywa rodzinny kryzys, próbuje odbudować swoje małżeństwo z wygimnastykowaną żoną, z którą wychowuje rezolutnego synka. Gdy kilka cierpiętniczo-refleksyjnych wykrzywień twarzy zaproponowanych przez odtwarzającego naszego bohatera Gerarda Butlera nie odnosi skutku, z pomocą Johnowi przychodzą kometa Clark oraz amerykański rząd dołączający całą trójkę do grona wybrańców, którzy będą mogli wejść do tajnych schronów, by przetrwać spodziewany kataklizm. Cała filozofia polega na bezpiecznym dotarciu do wyznaczonej wojskowej bazy pośród chaosu, który ogarnął miasta i wioski oraz nie panujących nad niczym, nie dających dojść nikomu do słowa żołnierzy. Nie jest to zatem łatwe zadanie, a w dodatku nieprzewidziany incydent sprawi, iż owa trójka się rozdzieli. Komplikacje się powiększają, teraz Garrity’owie muszą się poodnajdywać, odwiedzić na moment dziadka, a następnie wedrzeć do samolotu lecącego z Kanady na - jak to już wiemy z tytułu - Grenlandię, bo tam przecież jest jeden z ukrytych schronów. Gerard Butler odzyskuje spokój, zachowując grymasy z początku opowieści.

Ric Roman Waugh nie czaruje widza licznymi widowiskowymi sekwencjami eksplozji i niszczenia naszego globu, starając się raczej skoncentrować uwagę na determinacji głównych bohaterów oraz katastrofie zachwiania priorytetów i dbałości o trwałość relacji, która uderzyła w rodzinę w okresie dobrobytu pewności jutra. Tymczasem w sytuacji ekstremalnej właśnie bliskość i zadzierzgnięte wcześniej więzy okazują się jedyną wartością, która da siłę, by się nie poddać, doprowadzi do celu i pozwoli spojrzeć z nadzieją w przyszłość. Intencja w produkcji łączącej kino katastroficzne z filmem drogi ciekawa i mogąca zamienić całość w zajmujący dramat rodzinny rozgrywający się w niebywałych okolicznościach. Gdy do tego dołączymy takie elementy, jak budzenie się w obliczu końca świata z jednej strony najniższych instynktów, z drugiej totalnej beztroski, lęk przed tłumem, pragnienie ucieczki w bezpieczne zacisze, całość zdaje się składać w aktualne i uniwersalne przesłanie. Cóż z tego, skoro przedsięwzięcie zrealizowano beznamiętnie, aktorzy zdają się nie mieć pełnego przekonania do tego, co robią, a scenariusz pełen jest niespecjalnie uzasadnionych, czasem uproszczonych, czasem absurdalnych rozwiązań. Gerard Butler i Morena Baccarin nie bardzo wiedzą, jak mają zagrać łączące ich uczucie, zatem nieustannie o nim gadają i im dalej w katastrofę, tym częściej się przepraszają i biorą winę na siebie. Brakuje choć odrobiny niejednoznaczności, psychologicznie poszczególne postacie są namazane bardzo grubą kreską, ich postawy i zachowania wyją nieautentyzmem.

Warto za to zwrócić uwagę na - może nawet podświadome - przywiązanie realizatorów do tradycyjnych mediów oraz podkreślenie etosu zawodu dziennikarza. Do ostatnich chwil życia na Ziemi, bez ewakuacji do schronów, reporterzy stacji telewizyjnych i radiowych relacjonują tu to, co dzieje się w poszczególnych krajach, a obywatele poszukują nowych informacji właśnie w profesjonalnych mediach, a nie przeglądając internet czy media społecznościowe. Trafność tego spostrzeżenia będziemy mogli sprawdzić już niedługo, bo najbliższy koniec świata zapowiedziany jest na kiedy? Rok 2024?

Greenland USA, katastroficzny, reż. Ric Roman Waugh, wyst. Gerard Butler, Morena Baccarin

★★☆☆☆☆

Gala „France Football” fiaskiem organizacyjnym? Komentarz

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie