Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Koszykarz Polonii Warszawa, Marcin Dutkiewicz, opowiada o wygranej z nowotworem jądra

RED.
Listopad to miesiąc świadomości męskich nowotworów. W tym czasie warto przypomnieć o badaniach profilaktycznych, które ratują zdrowie i życie. Kapitan koszykarskiej Polonii Warszawa, Marcin Dutkiewicz, w październiku 2018 roku rozegrał najważniejszy mecz w swoim życiu. Szybko zdiagnozowany i wyleczony nowotwór jądra dał mu szansę wygraną i powrót do zawodowego sportu.

Kapitan Polonii Marcin Dutkiewicz na łamach klubowej strony internetowej opowiedział o swojej walce z nowotworem jądra. Gracz, który ma za sobą 13 lat występów w ekstraklasie, w październiku 2018 roku rozegrał najważniejszy mecz w swoim życiu.

– Miałem wtedy 32 lata, byłem, wydawało mi się, fizycznie i psychicznie, w moim „prime time”, najlepszym momencie dla koszykarza. Kiedy myślałem tylko koszykówce i niczym więcej, nie pomyślałbym, że cokolwiek może się przytrafić – mówi Dutkiewicz.

Szybko zdiagnozowany i wyleczony nowotwór jądra dał mu szansę wygraną i powrót do zawodowego sportu. Na co dzień łączy grę w Polonii Warszawa z pracą jako przedstawiciel medyczny. Prywatnie jest szczęśliwym tatą.

- Myślę, że najważniejszy mecz rozegrał się pięć lat temu (w 2018 roku – przyp. red.). To wtedy dowiedziałem się, że jestem poważnie chory. Grałem wówczas w Starcie Lublin. Poprosiłem fizjoterapeutę Kubę Majewskiego o dyskrecję i o namiar do dobrego urologa, bo coś u siebie wyczułem. Coś, czego na pewno nie miałem. Poszedłem na konsultację. Okazało się, że mam nowotwór i jak najszybciej potrzebna jest operacja. To wtedy zaczął się mój najważniejszy mecz jak do tej pory. Mimo że tyle lat już minęło, to jest coś, czego się nie zapomina. To był nowotwór jądra – opowiada.

Marcin Dutkiewicz miał przeprowadzoną operację w Centrum Onkologii w Lublinie. Po niej przez siedem tygodni dochodził do siebie w domu w Sopocie. Po tym czasie wrócił do zawodowego sportu. Na szczęście szybko wykryty nowotwór był łatwy do leczenia. Wraz z doktor zdecydowali się na metodę obserwacji po operacji. Już pięć lat za Marcinem. Początkowo miał je co dwa miesiące, teraz raz na osiem-dziewięć miesięcy. I sam mówi: – Dalej się badam i prawdopodobnie już do końca życia będę chciał się badać.

Koszykarz przyznaje, że wcześniej nic nie skłoniło go do samoobserwacji. – Nie pomyślałbym, że teraz, w tym momencie, że tutaj… Przecież gram w kosza, biegam, dobrze śpię, nie palę, nie piję, zdrowo się odżywiam, jem warzywa, owoce, witaminy. Nie może być nic złego. Ale wyszło inaczej. To duża lekcja pokory, cierpliwości, ale też nauczka na przyszłość, żeby się badać, kontrolować i uświadamiać innych, żeby jednak o to zdrowie zadbać – dodaje.

Moment, gdy Marcin Dutkiewicz wyszedł od doktora, do samego podpięcia pod aparaturę w szpitalu był tak naprawdę kwestią trzech godzin. – Czułem się jakby kurtyna mi spadła na głowę i jakbym siedział w akwarium. Nie docierało do mnie to, co się właściwie dzieje. Bo po pierwsze… no jak? Nie będę grał w kosza, nie będę mógł trenować. To była dla mnie największa kara – przyznaje.

Koszykarz za pośrednictwem swojego profilu na Facebooku opublikował wpis, w którym podał informację, że był chory, jest w dobrych rękach po zabiegu i prosi o nieco ciszy i spokoju. Co wydarzyło się dalej, opisuje następująco: „Ten post został udostępniony bardzo dużej liczbie osób. Naprawdę nie spodziewałem się, że to może mieć taki wydźwięk. Może niepotrzebnie to mówiłem, bo tak na dobrą sprawę, następstwem tego było to, że drzwi do ekstraklasy trochę się zamknęły. Mimo wszystko ludzie bali się po takiej chorobie znowu zatrudnić zawodnika.

Po poście, który opublikowałem, dostałem informacje od trzech mężczyzn, że się zbadali, bo coś tam mieli. Nie chcę mówić, że ten post uratował im życie, ale dał im do myślenia. Nie robiłem tego, żeby o mnie było głośno, bo ja stroniłem od tego, by gdzieś tam świecić. Ci mężczyźni coś u siebie wykryli, poszli, mieli zabieg i do dzisiaj normalnie funkcjonują, do dziś jesteśmy w kontakcie”.

W tym trudnym czasie Marcin Dutkiewicz miał przede wszystkim wsparcie najbliższych. Choroba pozwoliła mu zmienić głównie nastawienie mentalne.

– Przede wszystkim to, co zmieniłem najbardziej, to nastawienie mentalne. Rzeczy, którymi wcześniej się bardzo przyjmowałem takie jak: zespół przegrał, źle zagrałem, nie trafiłem trzech rzutów czy inne, to są tak na dobrą sprawę pierdoły. Dowiadujemy się, że nimi są, w momencie, kiedy takie rzeczy jak choroba się dzieją. To nauczyło mnie zdystansowania się do koszykówki, spojrzenia na nią z innej perspektywy – przyznaje. – Jedną rzecz, której mogę żałować: szkoda, że na koszykówkę nie patrzyłem z tej perspektywy co dzisiaj 5-7 lat wstecz. To by na pewno bardzo pomogło, bo narzuciłem na siebie niesamowitą presję. To, że muszę być idealny pod każdym aspektem koszykarskim. To nie działa. Szkoda, że ta świadomość przyszła dopiero po 30. roku życia.

Moment choroby uświadomił kapitanowi Polonii, że w pewnym momencie trzeba będzie przejść do rzeczywistości innej niż stricte koszykarska. Obecnie łączy grę w warszawskim klubie z pracą jako przedstawiciel medyczny. – To nie jest tak, że jak mam pracę jako przedstawiciel medyczny to koszykówka schodzi na drugi plan. Koszykówka jest całą moją pasją. W wieku 37 lat biorę piłkę do ręki i odżywam po tym porannym bieganiu po gabinetach. Choć mówię, że wiem, że będzie życie po koszykówce, to chciałbym, żeby ten moment przyszedł jak najpóźniej. Bo koszykówka sprawia mi dużo frajdy i może moja rola na boisku nie jest aż tak istotna jak trzy, pięć, dziesięć lat temu, to wiem, że mam dużo frajdy, jestem jeszcze potrzebny i z tych swoich obowiązków umiem się wywiązać.

Marcin Dutkiewicz wysyła do świata jedną wiadomość: Jeżeli macie możliwość – badajcie się. Nie mówię tylko do grupy męskiej: „Łapcie się za jajka”. Chodzi także o kobiety – chociażby październik stoi pod znakiem nowotworów piersi. Jest możliwość zbadania się, idźmy. Żeby zadbać o siebie. Nowotwór to niestety plaga dzisiejszych czasów. Oby nie było za późno.

Po nowotworze mogę grać w kosza; to jest moją pracą. Ludzie mi ufają, chcą ze mną utrzymywać kontakt. Realizuję się. Pracuję. Mogę się spełniać na różnych płaszczyznach. To powoduje, że mogę powiedzieć, że w tej całej sytuacji wygrałem. Najlepsze jest to, że wiem, że sam tego nie dokonałem. Miałem pomoc odgórnie i z zewnątrz. To jest coś, co będzie za mną już do końca. To też powoduje, że powoli sobie idę. Cierpliwie, z pokorą – dalej przez życie.

Cała rozmowa jest dostępna na stronie internetowej klubu: https://kks.poloniawarszawa.com/posts/najwazniejszy-mecz-w-zyciu-marcina-dutkiewicza/464

od 7 lat
Wideo

Hokejowe Fudeko GAS Gdańsk chce się rozwijać

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Koszykarz Polonii Warszawa, Marcin Dutkiewicz, opowiada o wygranej z nowotworem jądra - Gazeta Wrocławska

Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki