W Łodzi jest 44 tys. bezrobotnych. Nie wszyscy z nich narzekają na swój status

Alicja Zboińska, Piotr Brzózka
Jak to możliwe, że przy ponad 5 tys. bezrobotnych szwaczek w woj. łódzkim, właściciele szwalni nie mogą znaleźć pracownic? Przynajmniej, jeśli chcą je zatrudnić legalnie...
Jak to możliwe, że przy ponad 5 tys. bezrobotnych szwaczek w woj. łódzkim, właściciele szwalni nie mogą znaleźć pracownic? Przynajmniej, jeśli chcą je zatrudnić legalnie...
Udostępnij:
Najstarsi stażem podopieczni łódzkiego pośredniaka pierwsze zasiłki otrzymali w milionach. Ale nie zostali od tego milionerami, bo było to przed denominacją złotego, przeszło 20 lat temu. Od tego czasu albo oni nie chcą pracy, albo praca nie chce ich...

Łódź: 17 enklaw biedy, 32 tys. osób, korzystających z pomocy finansowej Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, 44 tys. bezrobotnych. Co sprawia, że w takim mieście ludzie odmawiają podjęcia pracy? Niestety, zdarza się, że prosty rachunek.

Z szacunkowych analiz MOPS wynika, że 45 do 48 proc. podopiecznych, otrzymujących świadczenia, mogłoby pracować. Część nie pracuje z racji skrajnej życiowej niezaradności albo braku jakichkolwiek kwalifikacji i idącego za tym braku ofert; część pogrążona jest w wieloletniej apatii, skutkującej niemocą, z której prawdopodobnie nikt już nie będzie w stanie ich wyrwać.

Ale w tej grupie są też osoby, które świadomie nie podejmują wysiłku, wybierając życie na koszt państwa - i nie zawsze oznacza to życie na granicy biologicznego minimum. W MOPS nazywają ich zawodowymi świadczeniobiorcami. Fantastycznie orientują się w systemie, wykorzystują luki i... nieustannie liczą. Pierwszy przykład z brzegu - nie kalkuluje się iść do Urzędu Miasta po dodatek mieszkaniowy, jeśli dodatek ten miałby zostać wliczony do kryterium dochodowego przez MOPS, obniżając tym samym wysokość zasiłku. To już lepiej zadłużyć mieszkanie - i tak prawdopodobnie gmina długu nie wyegzekwuje.

Od strony formalnej wszystko z grubsza się zgadza, pieniądze raczej nie trafiają do tych, którym z mocy ustawy się one nie należą. Ale czym innym są przepisy, czym innym życie. A jeśli chodzi o życie, to MOPS bywa bezradny wobec przypadków osób "samotnie wychowujących" gromadę dzieci, formalnie pozostających bez pracy, a w rzeczywistości zarabiających na czarno, w dodatku mających pracującego partnera. Cóż po podejrzeniach, skoro podopieczni kłamią w żywe oczy, informacje z wywiadu środowiskowego pozostają nieostre, a nierejestrowaną lewiznę domniemanego partnera ciężko jest formalnie zaliczyć do dochodów rodziny. Zresztą, MOPS i tak nie ma uprawnień, by tropić nielegalne formy zatrudnienia.

Ile można miesięcznie dostać z pomocy społecznej? Weźmy hipotetyczny przypadek matki samotnie wychowującej trójkę dzieci i niemającej żadnego źródła dochodu. Wychodzi około 2 tys. zł miesięcznie - znacznie więcej, niż można wyciągnąć z etatu z płacą minimalną (1680 zł brutto).

Z Centrum Świadczeń Socjalnych taka rodzina otrzymuje 289 zł zasiłku rodzinnego, 340 zł z tytułu samotnego wychowywania dziecka i 160 zł dodatku z tytułu wychowywania w rodzinie wielodzietnej. Do tego należy doliczyć około 700 zł zasiłku, który wypłaca Miejski Ośrodek Społeczny. W sumie to prawie 1,5 tys. zł bez konieczności odprowadzania podatku. A w zależności od potrzeb, można się też wystarać o zasiłki celowe na opał (300 zł na sezon) i leki (450 zł na rok), a także rządowe dofinansowanie do posiłków dla dzieci w szkole i przedszkolu (tych pieniędzy beneficjenci nie dostają do ręki). Jeśli dodatkowo zdarzy się, że dany klient opieki społecznej pracuje na czarno, miesięcznie obraca kwotami, o których mogłoby pomarzyć wielu łodzian, wstających o piątej rano do pracy w fabryce.

Łódzcy socjologowie, badający miejskie enklawy biedy, wskazują zjawisko dziedziczenia ubóstwa i życiowej niezaradności. Profesor Wielisława Warzywoda-Kruszyńska, wybitna znawczyni zjawiska łódzkiej biedy, mówi, że nie zgadza się z ostrymi sądami, formułowanymi przez pracowników opieki, wskazując na głębsze mechanizmy, wpędzające ludzi w wieloletnią bierność. Ale nie da się zaprzeczyć, że są i tacy, którzy wykorzystując niemoc systemu, czynią z nicnierobienia sposób na życie i bynajmniej nie jest im z tym źle.

Oto Władysław, 54 lata, mieszkaniec kamienicy w pobliżu ulicy Kilińskiego. Ostatni raz do pracy Władysław idzie w czasach PRL. Karierę zawodową w usługach typu ochrona, sprzątanie, dorywcze prace ogrodnicze przerwa wyrok za pobicie milicjanta. W więzieniu na Pomorzu odpoczywa od łódzkiego rynku pracy, a następnie podejmuje kilka wymuszonych i nieskutecznych prób podjęcia pracy.

- Matka się czepiała i brat chciał wejść mi na ambicję, to próbowałem się gdzieś zatrudnić - na to wspomnienie Władysław szeroko się uśmiecha. - Matka pracowała w domu towarowym, próbowała mnie tam wkręcić, ale szybko się na mnie poznali i wyleciałem na pysk. W sumie to było mi to na rękę - orzeka.
Władysławowi niepowodzenie nie spędza snu z powiek. Przez lata mieszka z mamą, która nie wymaga dokładania do czynszu i innych opłat, a przy okazji żywi. Potem te funkcje przejmuje żona, na szczęście bardzo pracowita. Na nieszczęście natomiast po latach żona stwierdza, że nie jest to wymarzony model rodziny, zabiera córkę i odchodzi. Dziś jest szczęśliwą babcią, wciąż pracuje. Ostatecznie Władysław także się w życiu odnajduje. Nie udaje mu się utrzymać mieszkania, w którym przebywał z byłą żoną, trafia jednak do lokalu socjalnego w śródmiejskiej kamienicy, w której czynsz jest niewielki, a płatności ułatwia dodatek mieszkaniowy. Zimą urzędnicy wspierają finansowo w ogrzewaniu lokum.

Aż do ubiegłego roku Władysław korzysta ze wsparcia mamy, bierze część jej renty, stołuje się, rodzicielka kupuje mu papierosy. Kobieta umiera latem 2013 roku, lecz zrządzeniem losu Władysława dopada... gruźlica. Najpierw wprawdzie jest długi pobyt w szpitalu i wycięcie części płuca, ale potem jest już tylko lepiej. Pomoc społeczna uznaje, że łodzianinowi należy się większe wsparcie: dofinansowanie do mieszkania zostaje uzupełnione o bony na jedzenie i to nie w najniższej wysokości. Do tego bezpłatne leki, a od czasu do czasu Władysław dorabia sobie, sprzątając za kolegę, któremu nie chce się akurat ruszyć z łóżka. Na liście zakupów coraz częściej pojawiają się artykuły, zawierające promile.

Żony nasz bohater już sobie nie znajduje, ale wiąże się z kobietą, która postanowiła urozmaicić swoje życie. Towarzyszka życia ma większe zawodowe ambicje, co nie znaczy, że preferuje pracę na etacie. Potrafi szyć, więc od czasu do czasu zatrudnia się na lewo w szwalni. Gdy już doczeka się pieniędzy, to odpoczywa od pracy....

W rejestrach łódzkiego urzędu pracy wciąż figuruje grupa 21 osób z przeszło 20-letnim stażem - nie zawodowym, lecz na bezrobociu. Jest w tym gronie 12 kobiet.

Listę otwiera bezrobotna, która szkołę podstawową ukończyła w 1968 roku. Na tym jej edukacja się urywa, a kariera zawodowa maluje się dość enigmatycznie. Wiadomo, że w 1988 i 1989 roku pracuje po 6 miesięcy. Gdy tylko wchodzi w życie ustawa o promocji zatrudnienia, rejestruje się w urzędzie pracy. W statystykach jest uwzględniana od 1 marca 1990 roku. Nie ma żadnych kwalifikacji, przez rok pobiera zasiłek, wypłacany jeszcze w milionach złotych. Ale nie zostaje milionerką, bo dzieje się to jeszcze przed denominacją.

Numer 2 na liście długotrwale bezrobotnych rejestruje się 4 sierpnia 1990 roku, inni niedługo potem. Wśród rekordzistów są: ślusarz, konstruktor odzieży, hydraulik, technik budowlany. Jest też 59-letnia ekonomistka, która zamiast do pracy, woli przychodzić do urzędu, który pracy dla niej szuka. Jej CV to wykształcenie średnie ekonomiczne i wiele lat pracy na stanowisku księgowej w Społem. Od marca 1991 roku jej aktywność zawodowa ogranicza się do odhaczania w pośredniaku. I choć urzędnicy podejmują wysiłki, by jednak wykreślić ją ze statystyk, spełzają one na niczym. Jak skrupulatnie podliczono, tylko od 2003 roku kobieta aż 15 razy jest kierowana do różnych zakładów pracy. Za każdym razem wraca z adnotacją, z której wynika, że nie jest najbardziej pożądaną kandydatką.

Podobny los spotyka 51-latka, który ostatni raz listę obecności w pracy podpisał 20 lat temu. Nie posiada żadnych kwalifikacji, więc ostatnio urząd skierował go do pracy w charakterze sprzątacza. Bezskutecznie.

Urzędnicy zdają sobie sprawę z tego, że - nie siląc się na górnolotne sformułowania - część bezrobotnych "gra lewusa", a ich główne zadanie polega na tym, by wywrzeć na pracodawcy odpowiednio złe wrażenie. Wielu aktywnie przykłada rękę do wystawienia laurki z nieśmiertelną formułą "nie spełnia kryteriów pracodawcy", wlewając w siebie trochę procentów przed rozmową lub jasno stawiając sprawę: nie chcę tej pracy i już.
Można powiedzieć, że bezrobotni z 20-letnim stażem to skrajne przypadki. Ale tych nieco mniej skrajnych, choć często równie zastanawiających, jest dużo więcej. Z 43 781 bezrobotnych, zarejestrowanych w marcu w Łodzi, aż 382 88 nie miało prawa do zasiłku. Większość dlatego, że już dawno je utraciła. Za długotrwale bezrobotnych urząd uznawał 25 415 osób. Podobnie zresztą wyglądają statystyki MOPS - z 32 tys. osób, które otrzymały świadczenia w 2013 roku, aż 16,5 tys. korzysta w pomocy długotrwale. To prawdziwy dramat. Ale ewidentnie nie dla wszystkich.

Tylko w marcu tego roku z rejestru wykreślono 1207 osób, które albo przestały meldować się w pośredniaku, albo wprost odmówiły podjęcia pracy. To oczywiście tylko statystyka, za którą kryje się zniuansowana rzeczywistość - nie sposób o niej myśleć bez nałożenia odpowiednich filtrów.

Tak - dla tysięcy osób bezrobocie jest przecież życiowym dramatem, dla wielu traumą, popychającą do prób samobójczych. Tak - pracodawcom zdarza się brutalnie odrzucać osoby, które są zbyt blisko wieku, gwarantującego ochronę przedemerytalną. Tak - wiele ofert z pośredniaków nie odpowiada kwalifikacjom i aspiracjom bezrobotnych, a proponowane wynagrodzenie czy forma prawna zatrudnienia uwłacza ludzkiej godności. Czy jednak jakakolwiek praca jest gorsza od braku pracy dla osób, które w rejestrach nie są przelotem, a długotrwale?

Odpowiedź na to pytanie byłaby oczywista, gdyby nie to, że nie wszystkie osoby, obarczone długotrwałym bezrobociem, faktycznie znajdują się w tragicznej sytuacji. I nie chodzi tylko o możliwości, jakie daje opieka społeczna, ale jeszcze jeden czynnik, który nakłada się na to zjawisko. Przyjrzyjmy się teraz przypadkowi pewnej grupy zawodowej.

Autorzy cyklicznego raportu "Polityki" uznali za stosowne naszkicować portret Łodzi przez pryzmat losów łódzkiej szwaczki - podmiotu zbiorowego, który na skutek transformacji ustrojowej popadł w biedę i poszedł na dno razem ze swoim miastem. I nie ma co przeczyć - szwaczka to jedna z wielu mimowolnych ofiar przemian po 1989 roku. Wiele kobiet faktycznie nie odnalazło się w nowej rzeczywistości, skończyło w ubóstwie, dziś już część z nich jest na groszowych emeryturach. Ale to tylko część prawdy. Bo łódzka szwaczka to jednocześnie symbol tego, jak można sobie radzić w życiu, formalnie nie mając nic.

Dekadę temu opublikowaliśmy w "Dzienniku Łódzkim" tekst z obrazoburczą na owe czasy tezą: jest praca, ale ludzie jej nie chcą. Choć bezrobocie w mieście niebezpiecznie zbliżało się do 20 proc., już wtedy szwaczek szukano za pomocą ogłoszeń wielkoformatowych, wieszanych na murach. Minęło 10 lat i jakby nic się nie zmieniło. W całym woj. łódzkim jest 5,4 tys. szwaczek, zarejestrowanych w pośredniakach jako bezrobotne - z tego duża część w Łodzi.

Pracodawcy pytają: jak więc jest możliwe, że chętnych do pracy wciąż brak? Mówiąc ściślej, mało kto chce pracować legalnie. Co innego robota na czarno. Może to dziwić w czasach, gdy tysiące ludzi marzą o stabilizacji, prawdziwej umowie, odprowadzanych składkach na ubezpieczenia społeczne. Ale jeśli alternatywą dla 3 tys. wypłaconych na czarno do ręki jest etat z płacą minimalną na poziomie 1680 zł brutto, to właściwie dziwić się nie ma czemu.

Środowiska liberalne przekonują, że receptą na likwidację tej patologii jest obniżenie kosztów pracy. Ale przecież już nie raz udowodniono, że podatek CIT w Polsce nie należy do najwyższych w Europie, ba - jest poniżej średniej europejskiej i światowej. Poza tym, czy należy oczekiwać, że dzięki obniżeniu podatków lub składek społecznych płace netto byłyby większe? Mocno wątpliwe założenie. Choć część pracodawców złorzeczy na brak zainteresowania szwaczek legalną pracą, prawda jest taka, że układ ten często odpowiada obu stronom i stąd pewna zmowa milczenia.

Wszystko to napawa głębokim smutkiem, zwłaszcza w sytuacji, gdy wiele osób, żyjących w prawdziwym ubóstwie, nikogo nie oszukuje, nie otrzymuje przy tym żadnej pomocy od państwa, często dlatego, że ich godność nie pozwala wyciągnąć ręki po pieniądze.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Ł
Łodzianin
Miało być referendum w sprawie odwołania Zdanowskiej? Nie odbyło się, bo leniom nie chciało się nawet ruszyć tyłków aby złożyć podpis na liście. Takie mamy społeczeństwo, więc "peolaki" robią co chcą i pewnie się śmieją do rozpuku z jego głupoty. Dopóki ludzie nie zmądrzeją i nie przestana "myśleć" stereotypami, dopóty będzie źle albo coraz gorzej.
g
gosc
Może Urząd Miasta powinien więcej ludzi zatrudnic do sprzątania ulic i chodników , jeśli faktycznie ci bezrobotnichcą pracowac
.
Tak jest po polsku.
X
XYZ
W domu wszyscy zdrowi?
l
lodz-man
Kosmiczne "inwestycje" w budowę potrzebne tylko peolakom i powiązanym z nimi firemkom przydupasom , nikomu do niczego niepotrzebny nowy dworzec potworek i bruzda Zdanowskiej , efekt miliardowe długi miasta , cywilizacyjna, ekonomiczna i demograficzna zapaść. Afrykańskie kacyki ludojady z PełO działają jak sekta Jonesa skończy się to wszystko zbiorowym przymusowym samobójstwem Łodzi i jej mieszkańców
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie