Waldemar Sutryk: Księży Młyn jak katowicki Giszowiec

    Waldemar Sutryk: Księży Młyn jak katowicki Giszowiec

    Anna Gronczewska

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Z Waldemarem Sutrykiem, kierownikiem chóru Teatru wielkiego w Łodzi rozmawia Anna Gronczewska.
    Waldemar Sutryk

    Waldemar Sutryk ©Paweł Łacheta

    Ile lat związany jest Pan z Łodzią?
    Niedługo, kończę właśnie swój drugi sezon w łódzkim Teatrze Wielkim.

    Jest więc Pan młodym mieszkańcem naszego miasta...
    No tak. Jestem teraz na Śląsku. I kiedy tu przyjechałem, to dla Ślązaków zostałem gorolem. Teraz śmieję się, że takim gorolem jestem dla łodzian. A sam pochodzę z północno-zachodniej Polski.

    Jak to się stało, że znalazł się Pan właśnie w Łodzi?
    Pewnego sierpniowego wieczora, dwa lata temu, dostałem propozycję pracy w Teatrze Wielkim w Łodzi. Było to wyzwanie, którego się podjąłem. Ta propozycja była dla mnie zupełnym zaskoczeniem.

    Znał Pan wcześniej Łódź?

    Zanim podjąłem tu pracę zdarzało mi się bywać w tym mieście, ale nieregularnie. Ale przez ostatnie dwa lata trochę poznałem to piękne miasto.

    Piękne?
    Piękne! Choć w wielu aspektach jest podobne do Śląska. W obu przypadkach widać ślady dawnej świetności. Niestety, często są to gorzkie ślady. Nie zawsze bowiem wszystko da się odnowić od razu.

    Patrzy Pan na Łódź oczami osoby z zewnątrz. I jak ona wygląda z tej perspektywy?
    Trudno nie patrzeć na Łódź przez pryzmat pracy, która tu mnie zafascynowała, stała się moją pasją. Wtedy każde miasto zyskuje. Ale po dwóch latach potrafię już zdefiniować plusy i minusy Łodzi.

    Zacznijmy więc od plusów...
    O wspaniałej pracy, która zajmuje mi niemal cały dzień, już mówiłem. Ale plusem jest dobra komunikacja. Czuję, że wszędzie jest blisko. Łódź ma dużo parków, zieleni. Wokół tego miasta jest wiele pięknych okolic do zwiedzania. Łódź ma piękną, secesyjną architekturę. Bardzo mi się podoba. Nawet, gdy nadgryzł ją ząb czasu, to dalej utrzymuje swoje piękno. Z racji położenia Łódź jest dobrze skomunikowana ze stolicą, Śląskiem, zachodnią Polską. Poznałem tu też wielu ludzi, którzy są prostolinijni. Wydaje mi się, że odsetek ludzi prostolinijnych w Łodzi jest większy niż w innych polskich miastach. A może ja mam szczęście do takich ludzi? Łódź to też takie miejsce, do którego często przyjeżdżam. Raz w tygodniu jadę na Śląsk. Ale zawsze bardzo chętnie wracam do Łodzi. Teraz na jakiś czas jest kłopot z jej układem komunikacyjnym. Mieszkam blisko dawnego Dworca Łódź Fabryczna. Gdy tu przyjechałem, to jego budynek jeszcze stał. Myślę, że zobaczę, co w jego miejscu wyrośnie.

    A co jest Pana zdaniem minusem Łodzi?
    Bardzo duże korki. Niedawno okazało się, że Łódź jest najwolniejszym miastem w Polsce. I muszę przyznać, że kiepsko jeździ się po niej autem. Minusem jest to, że obok pięknych, odrestaurowanych kamienic, są też zaniedbane. Na dodatek stoją w samym sercu Łodzi. Serce mi krwawi, gdy na nie patrzę.

    Teraz jest Pan związany z Katowicami, wcześniej z Wrocławiem, Poznaniem, Szczecinem. Łódź da się porównać do tych miast?
    To są tak duże miasta, że każde ma swój odrębny koloryt. Na przykład Szczecin to bardzo rozległe miasto, z dużą ilością zieleni. Nie czuje się w nim wielkomiejskości. Katowice, a także cały Śląsk, są specyficzne. Tam miasto jest koło miasta. Katowice są miastem skondensowanym jeśli chodzi o architekturę. Myślę, że Łódź łączy cechy Szczecina i Katowic. Jest skondensowana, ale ma też dużo zieleni. Dla mnie Łódź jest bardzo przyjaznym miastem.

    A łodzianie są muzykalnymi ludźmi?
    Patrząc na to, ile osób przychodzi do Teatru Wielkiego i innych miejsc kultury muzycznej, to tak. Wydaje mi się, że są tu duże tradycje muzyczne, mimo fatalnego systemu szkolnictwa muzycznego w Polsce. Widać to po rodzicach dzieci chóru dziecięcego. Śpiewa w nim już ponad sześćdziesięcioro młodych ludzi, w wieku od 4,5 do 15 lat. Ich rodzice potrafili się niesamowicie skonsolidować. Tworzą dobrze rozumiejącą się grupę. To dla mnie nie jest powszechne. Oni żyją sprawami chóru.

    Zdążył już Pan polubić jakieś łódzkie miejsca?
    Brakuje mi czasu. Jest przecież jeszcze praca akademicka. Ale powoli je odnajduję. Trudno bym nie zachwycał się Manufakturą, łódzkimi parkami. Jest też cudowny Park Krajobrazowy Wzniesień Łódzkich. Tam jest dopiero pięknie- podczas spaceru nagle na "stole" zaczynają się górki! Często, jeśli mam czas, jeżdżę do Łagiewnik. I nie mogę zapomnieć o osiedlu Księży Młyn! Nie tylko ze względu na lofty, ale i starą zabudowę. Bardzo przypomina mi katowicki Giszowiec. Oba osiedla powstały w podobnym czasie i wyglądają niemal identycznie. Idąc tam człowiek ma wrażenie, że zatrzymał się czas. Lubię zaglądać na te osiedla - łódzki Księży Młyn i katowicki Giszowiec.

    Odbierając tegoroczną Złotą Maskę powiedział Pan, że czuje się już jak łodzianin. Tak jest?
    Właściwie tak. Absolutną większość mojego czasu spędzam w Łodzi. Zżyłem się nie tylko z mieszkającymi tu ludźmi, ale też z łódzkimi miejscami. To pokazuje, że mój duch czuje się tu na tyle dobrze i stabilnie, że mogę o sobie powiedzieć, że jestem łodzianinem.

    Ten związek z Łodzią jest trwały czy tylko związany z pracą?
    Przede wszystkim związany z pracą. Wiadomo, że w życiu bywa różnie. Mam jednak nadzieję, że jest to praca w której będę się mógł realizować jeszcze długie lata. Gdyby było inaczej, to nie mógłbym wkładać w moją pracę, a zarazem pasję, tyle serca, ile się staram wkładać.

    Rozmawiała Anna Gronczewska

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo