Wiesława Zewald: 6-latki w szkole to dobra myśl

Marcin Darda
Wiesława Zewald
Wiesława Zewald Krzysztof Szymczak
Z Wiesławą Zewald, radną i byłą łódzką kurator oświaty, rozmawia Marcin Darda

Gdyby doszło do referendum w sprawie 6-latków, poszłaby Pani oddać głos?
Tak naprawdę przeciętny obywatel nie ma pojęcia, czego to referendum miałoby dotyczyć. Proszę zwrócić uwagę, że tam jest kilka pytań w ogóle pozbawionych kontekstu 6-latków, bo są pytania o program nauczania historii czy o przywrócenie ośmioklasowej podstawówki i czteroletniej szkoły średniej. W referendum powinno być jedno proste pytanie: "Jesteś za przyjęciem 6-latków do szkół czy nie jesteś?". Tu istotę inicjatorzy referendum po prostu rozmyli. W mojej ocenie, w takim kształcie to referendum jest w ogóle nie do przyjęcia.

A jako pedagog uważa Pani, że sześciolatki powinny iść do podstawówki?
Jestem bardzo głęboko do tej idei przekonana. Nie będę się powoływać na przykłady krajów bardziej rozwiniętych, a na rozwój emocjonalny małego dziecka i na to, w którym czasie rozwija się u niego ta półkula mózgu, w której ono rozwija najwięcej zdolności manualnych, poznawczych czy zdolności kojarzenia. Obniżenie wieku obowiązku szkolnego to takie pójście z duchem czasu, a rodzic zawsze będzie miał prawo zgłosić zastrzeżenia, jeśli uzna, że jego dziecko nie do końca jest przygotowane do podjęcia obowiązku szkolnego. Jeśli w ciągu dwóch lat znajdzie się duża grupa rodziców, która by prosiła o odroczenie obowiązku szkolnego, to trzeba pójść wzorem innych krajów, gdzie to od rodzica zależy, czy jego dziecko ma iść do szkoły w wieku 6 lat.

Ale u nas resort raz podaje konkretną datę wprowadzenia obowiązku, po czym premier się z niej wycofuje, a to nie budzi zaufania rodziców do rządu. Rodzice nie wiedzą, na czym stoją.
Wydłużony okres wchodzenia 6-latków do szkół, który samorządom został podarowany, miał pomóc tym samorządom w organizacji przyjęcia tych dzieci do szkół. Nie znam sytuacji w Polsce, ale w Łodzi jak najbardziej, a z mojej wiedzy wynika, że łódzkie szkoły są na to przygotowane. Mam ogromną wątpliwość, jeśli chodzi o funkcję opiekuńczą szkoły i jako radna chcę tego dopilnować. Natomiast jeśli chodzi o rodziców, to była wywierana na nich presja. Z drugiej strony, samorządy do końca nie potrafiły pokazać tego, jak ich szkoły są do tego przygotowane. Na sukces dziecka w szkole składają się trzy elementy: określony potencjał dziecka i jego możliwości intelektualne, po drugie sama szkoła, która oferuje swoją bazę i ofertę edukacyjną, po trzecie zaś rodzice, ich podejście i świadomość. Dwa pierwsze ogniwa zadziałały, trzecie nie, bo świadomości rodziców zabrakło. Ja ich jednak nie obwiniam. Aby ta świadomość zaistniała, trzeba było im te szkoły pokazać i przekonać ich do tego. Nie zrobiono tego i dziś mamy, co mamy.

Ale przecież Najwyższa Izba Kontroli wytknęła, że tak naprawdę bardzo niewiele szkół jest gotowych na przyjęcie 6-latków, a reforma już trwa, choć jeszcze obowiązkiem nie jest.
Ale proszę zwrócić uwagę na to, że NIK przeprowadziła kontrolę tylko w 0,24 proc. szkół na ponad 13 tys. szkół. W zasadzie po takim zakresie kontroli nic nie można powiedzieć, bo to się mieści w granicach błędu statystycznego. Kluczowe było pokazanie rodzicom tych szkół, bo przecież większość z nich wyobraża sobie, że w ławce szkolnej jest tylko nauka. A przecież dziecko rozwija się w tej szkole głównie przez zabawy i gry dydaktyczne, poprzez poznawanie, wyjścia na wycieczki. Tego nie powiedziano, dlatego też rodzicowi dziś dziecko 6-letnie kojarzy się głównie z przymusem pójścia do szkoły i dźwiganiem 20-kilogramowego plecaka, by usiąść w ławce na kilka godzin. Przy takich błędach oporowi rodziców nie ma się co jednak dziwić.

Pojawił się też wątek likwidacji gimnazjów na rzecz rzecz powrotu ośmioklasowej podstawówki. Gimnazja to rzeczywiście taki problem?
Reforma oddzielająca szkoły podstawowe poprzez gimnazja od szkół ponadgimnazjalnych miała bardzo dobre założenia, ale ona dopiero zmierza w dobrym kierunku. Przeciwnicy gimnazjów nie powinni operować takimi przykładami z gruntu złymi, że chodzi tam młodzież z problemami wychowawczymi. To jest najtrudniejszy okres w rozwoju dziecka, bo buzują hormony, a ciekawość świata powoduje czasem sięganie po używki. Przecież ten problem był już wcześniej, w klasach siódmych i ósmych podstawówek i pierwszych klasach szkół średnich. Dzisiaj te problemy rzeczywiście kumulują się na poziomie gimnazjum, ale to nie znaczy, że trzeba wywrócić do góry nogami cały system edukacji, bo jest zły. Nie jest zły. Trzeba tylko położyć duży nacisk na budowanie oferty wychowawczej, by poza dydaktyką zająć gimnazjalistę ciekawymi zajęciami, pozwolić mu poznawać świat i mieć dla niego czas.

Rozmawiał Marcin Darda

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie