33. Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi: Opresja Szarika i ciemny Gombrowicz [RECENZJA]

Łukasz Kaczyński
Od lewej: Anna Mrozowska (Mania),Grzegorz Otrębski (Henryk) i Marcin Miodek (Władzio) w "Ślubie" Gombrowicza
Od lewej: Anna Mrozowska (Mania),Grzegorz Otrębski (Henryk) i Marcin Miodek (Władzio) w "Ślubie" Gombrowicza Szkoła Filmowa w Łodzi
Udostępnij:
"Niech żyje wojna!" w reż. Remigiusza Brzyka i "Ślub" w reż. Waldemara Zawodzińskiego na 33. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi.

Och, och, jaka opresyjna jest historia i pamięć o poległych w Powstaniu Warszawskim. Och, och, jak nie jest ono częścią mojego "ja". Łatwo jest negować, trudniej proponować coś w zamian. Dowiódł tego Remigiusz Brzyk realizując z dyplomantami krakowskiej PWST sztukę "Niech żyje wojna!" Pawła Demirskiego. Cenne, że zwrócił ją ideologicznie neutralnej narracji. Rozbijając w pył mit polsko-sowieckiego przymierza, wbijany do głów przez serial "Czterej pancerni i pies", oddał polskiej inteligencji, unicestwionej przez wojnę, co jej należne. Idąc za tekstem Demirskiego, nie przemilczał przypisywanych jej przewin.

Podobnie zrobił z "klasami" niższymi utożsamionymi przez Czereśniaka. Gra go, tak jak najpierw Olgierda, Bartłomiej Kwiatkowski. Jego monolog, podobnie jak solo Magdaleny Jaworskiej (jako Lidki) z ciekawie potraktowanymi "pancernymi" na drugim planie, to najlepsze aktorsko chwile. Reszta studentów, zamiast bogactwa umiejętności prezentowała na scenie Teatru Nowego aktorstwo oparte na grepsie i szerokim geście pod publiczkę. Przy niepewnym jeszcze warsztacie wrażenie było żałosne i nieznośne. Ale nic, cykliczny rechot na widowni dowiódł, że test na banalność zdany.

W ramach odreżyserskiego bonusa w rozliczeniu z patriotyzmem dostaje się też śpiewogrom spod znaku Mateusza Pospieszalskiego, pełnym blichtru telewizyjnym show, "fundamentalistom" i "fan-klubom" łatwej pamięci o poległych. Brakło wprawdzie czekoladowego posągu orła - no, ale to byłoby zbyt niepoprawne politycznie. Brzyk ze studentami nie stają ani po stronie klepiących patriotyczne regułki (do czego przymusza Szarik, grany przez Monikę Roszko), ani po stronie zatomizowanego młodego pokolenia. Nic jednak nie proponują. Bo na płaszczyźnie myśli finał, gdy młodzi aktorzy pokazują kartki z napisem "Niech to będzie minuta ciszy przeciw władzy" (władzy jako wszelkim mechanizmom nacisku) jest zwyczajnie szczeniacki. To ma być manifest młodości? A bez moralnego kaca da się go powtórzyć np. na grobie Jana Karskiego?

Od perory do perory i od piętrzących się pomysłów do ciszy na scenie akcja toczy się jednak głównie mozolnie. Duża część widowni opuściła fotele w antrakcie i gdzieś przepadła. Jeśli udała się do Teatru Studyjnego, to nacięła się na "Jungle People" w reż. Pawła Świątka, równie zły co krakowski, para-muzyczny dyplom studentów Szkoły Filmowej w Łodzi (recenzowaliśmy go w "DŁ" po premierze). Warto było za to czekać na wieczór. "Ślub" Witolda Gombrowicza, który Waldemar Zawodziński przygotował z łódzkimi studentami to jedno z lepszych przedstawień w Łodzi ostatnich sezonów.

I jedno z najlepszych Zawodzińskiego, co widać od pierwszych, "symetrycznie" pomyślanych scen i takowej scenografii - trzech par ulokowanych naprzeciwko siebie drzwi - aż po zapadający się jak w ruchome piaski finał. Reżyserowi przeważnie udało się też zachować równowagę między realizacją własnych aspiracji a powinnością pedagoga wobec dyplomantów. Dostajemy więc grę wynikającą z głębokiej lektury tekstu będącego dużą literaturą, ale grane z widoczną od początku łatwością. I na pełnej petardzie.

Nie ma tu sceny, która pozwala spuścić z tonu, wyjść na chwilę z roli, zwyczajnie nie bardzo jest też gdzie się schować, by złapać oddech. Cielesność i "ciemny" erotyzm zawsze w teatrze Zawodzińskiego odgrywały znaczącą rolę, także w jego przedstawieniach dyplomowych. Są one obecne i tu, od męskiego, siłowego tanga Henryka i Władzia (choreografię opracowała Edyta Wasłowska), przez Manię (Anna Mrozowska), która przyjmuje każde wejście Pijaka jakby wchodził w nią demon, po szersze myślenie o funkcji jaką fizyczność ma do spełnienia w tworzeniu postaci teatru absurdu i groteski.

A jest to groteska ciemna właśnie, podlana rozpaczliwym pesymizmem, jakiego nie powstydziłby się nawet Samuel Beckett. Zawodziński zadbał przy tym o czytelny, na kształt wykładu, przebieg wpisanych w dramat myśli o kościele ludzko-ludzkim. Wszystkie role są dowartościowane, na każdą znaleziono pomysł dający młodym pole do gry. Iście magnetyczne są te pierwszoplanowe: Pijak Sebastiana Jasnocha, Henryk i Władzio Grzegorza Otrębskiego i Marcina Miodka, a także Ojciec Mikołaja Chroboczka i Matka Marty Herman.

Od lewej: Anna Mrozowska (Mania),Grzegorz Otrębski (Henryk) i Marcin Miodek (Władzio) w "Ślubie" Gombrowicza

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie