"Kwartet" w Teatrze Nowym [RECENZJA]

Łukasz Kaczyński
Jakub Pokora
Udostępnij:
"Salon przed Rewolucją Francuską. Bunkier po trzeciej wojnie światowej" - tak Heiner Müller określa miejsce i czas akcji swojego "Kwartetu", który w Teatrze Nowym w Łodzi wyreżyserowała Karolina Górecka.

Młoda reżyserka zmieniła teatralną scenę w symboliczną alkowę, która również, choć przewrotnie, staje się spełnieniem odautorskich wytycznych. Jest miejscem intryg, w których narzędziem będzie erotyka, polem do zawierania paktów i sojuszy, a jednocześnie izolatką, która jak u Becketta, odziera "skazanych" na siebie ludzi-kochanków z kolejnych społecznych masek. Czym jeszcze? Oczekiwaniem na nowe, na niepokojącą zmianę, która jednak nadejdzie. Karolina Górecka w dyplomowym spektaklu sztukę Müllera przyprawiła o szczęśliwe zakończenie z gatunku: "kochajmy się".

Taki jest punkt wyjścia. Reszta jest spektaklem. Wicehrabia de Valmont i markiza de Merteuil, bohaterowie zaczerpnięci przez Müllera ze skandalizujących "Niebezpiecznych związków" Choderlosa de Laclosa, to pierwsze maski, jakie przywdzieją On i Ona (Bartosz Turzyński i Katarzyna Arkuszyńska). Pierwsze dla widza, ale zapewne nie pierwsze w historii toczonej przez nich gry, w której erotyka jest drogą do badania granic między życiem a śmiercią.

Przekonuje o tym początkowa scena, w której oglądamy de Merteuil poddaną próbie. Pomysł cenny, jednak walczy ona z foliowym workiem na głowie, który bezlitośnie nie daje się oblec w tworzywo sceniczne. Do tego pośród scenografii autorstwa Dominiki Błaszczyk jest on elementem obcym. Dysonansowy jest też późniejszy sposób wprowadzenia na scenę sarny, symbolizującej wewnętrzną płochość i łagodność, które de Merteuil są obce.

Kochankowie umieszczają się nawzajem w wyobrażonych sytuacjach, wymuszają wejście w sytuacje i przyjęcie ról, zrywają i ustalają reguły gier. W pewnym stopniu udało się Karolinie Góreckiej obudować monologiczny tekst sztuki zdarzeniami w przestrzeni sceny, nadać słowom kontekst i dopełnienie w grze aktorów. Ci zaś przed niełatwym postawieni zostali zadaniem. Poruszając się w świecie erotyki muszą uniknąć śmieszności, którą ta, wystawiona na publiczny ogląd, łatwo wzbudza.

Na scenie oglądamy nie tylko stracie dwóch płci, ale także (mimowolnie) dwóch aktorskich potencjałów. Grająca gościnnie Katarzyna Arkuszyńska, której nie sposób odmówić odwagi i zapału, podaje tekst zupełnie obok swej postaci. Markiza nie jest nią, a ona nie jest wyuzdaną markizą. Do tego dochodzi narastająca, pomimo nagłych i dramatycznych zmian w relacjach z partnerem, monotonia podawania tekstu i problemy z artykułowaniem końcówek wyrazów. Młoda reżyserka mogła tego nie dostrzec.

Bardzo dobre są natomiast te sceny, w których dochodzi do odwrócenia ról i Turzyńskiemu przychodzi wdziać maskę cnotliwej prezydentowej de Tourvel, adorowanej przez rozwiązłego de Valmonta. Ale również na tym polu to Turzyński bryluje, a przemiana, jaką przechodzi, sięga głębiej niż kilka nieśmiałych gestów.

Bohaterowie powieści de Laclosa (zjawi się jeszcze młodziutka Cecylia, niewinna wychowanica klasztoru) są w sztuce jedynie figurami, czy jak woli Górecka archetypami. Pod nimi skrywają się jednak postaci współczesne, o takich bowiem pisał Müller. Poza finałowymi scenami, na scenie zabrakło zaakcentowania właśnie ich obecności, uchylenia noszonych przez nie masek. Inaczej uniesienia XVIII-wiecznego amanta będą raczej budzić uśmieszek niż pozwalać na utożsamienie się z nimi.

Samego szczęśliwego zakończenia nie trzeba jednak odrzucać jako niemożliwego, zwłaszcza że Górecka przechodzi do niego w sposób niewymuszony. Odrzuca jednak nieco jego cukierkowe wyobrażenie: po regularnej bójce a la maniere russe następuje romantyczne buzi-buzi i zrzucenie resztek odzienia. Przy takim finale ma się wrażenie podglądania półtoragodzinnych łóżkowych wygibasów zblazowanych mieszczan, ich igraszek z użyciem finezyjnych erotycznych gadżetów. Sytuacja niby intrygująca, która mogłaby przyprawiać o szybsze tętno i rumieńce, gdyby nie to, że sprowadza wymowę spektaklu do małżeńskiej sprzeczki.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

k
kika
Polecam wybrać się teraz na spektakl, emocje, emocje, emocje..........
T
Tako sztuke
No cóż, ja mam akurat odwrotne odczucia. Arkuszyńska wyraźnie mówiąca, dynamiczna, przykuwająca uwagę. Turzyński natomiast zupełnie bezbarwny, cichy, jakby będący obok, poza przytoczonym fragmentem odwróconej roli. Ale być może po kilku miesiącach spektakl i aktorzy ewoluowali i wygląda on trochę inaczej.
Niestety sama sztuka nie przekonuje. Owszem, sporo słów składanych w efektowne zdania, ale steki monologów są trochę męczące. Zdecydowanie ciekawsze są sztuki, w których trwa żywy dialog między bohaterami.
d
dagmara
Byłam sceptycznie nastawiona, ale poszłam i bardzo podobało mi się.Myślę, że aktorzy jeszcze rozkręcą się, ale obydwoje aktorów dostarczyło mi wielu emocji. Nie rozumiem dlaczego pan krytyk tak mocno krytykuje aktorkę, była intrygująca...a jakieś końcówki, nawet nie zwróciłam uwagi.Może trochę zakończenie powinno być mocniejsze.Monolog początkowy aktorki mocny, uszczypliwy, mnie się nie nudziło.polecam
G
GOŚĆ
BARDZO DOBRE , OCZYWIŚCIE ŻE WARTO ! JESTEM POD OGROMNYM WRAZENIEM KATARZYNY ARKUSZYŃSKIEJ I GRY TEJ POCZĄTKUJĄCEJ AKTORKI . POLECAM
o
ok
ale dobry czy nie, bo już nie wiem...tyle słów , a ja wciąż nie wiem, czy warto się wybrać...może się Pan prześpij z rym, a potem pisz, bo tak trochę niezdecydowaniem trąca...
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie