Nasza rozmowa: Z ciepłem, ironią i kropelką goryczy o tym,...

    Nasza rozmowa: Z ciepłem, ironią i kropelką goryczy o tym, że nie jesteśmy tacy najgorsi

    Dariusz Pawłowski

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Nasza rozmowa: Z ciepłem, ironią i kropelką goryczy o tym, że nie jesteśmy tacy najgorsi
    1/13
    przejdź do galerii

    ©Krzysztof Szymczak

    Dariusz Pawłowski rozmawia z Marcinem Sławińskim, reżyserem spektaklu „Taniec albatrosa”, którego premiera odbędzie się w sobotę w Teatrze Powszechnym w Łodzi.
    Tylko czworo aktorów i sporo namiętności. Lubi Pan, gdy o kondycji współczesnego człowieka opowiada się w kameralnej formie i przestrzeni?

    Teatr to aktor i widz. Do tego dobry tekst - i to moim zdaniem wystarczy. „Mój” teatr nie wykorzystuje mikroportów, wideoprojekcji, rozbuchanej inscenizacji czy tak zwanego dramaturga.

    Geralda Sibleyrasa znamy w Polsce przede wszystkim z „Napisu”, kąsającego konsumpcjonizm i podszyte fałszem relacje współczesnych mieszczan. W „Tańcu albatrosa” spotykamy pogrążonych w kryzysie wieku mocno średniego pięćdziesięciolatków. Czy to nieco starsi reprezentanci tej samej grupy społecznej, próbujący jeszcze raz przeżyć swoje życie?


    Tak, to kolejny wariant dyskretnego uroku - starzejącej się - burżuazji.

    Związki, w których istnieje duża różnica wieku pomiędzy partnerami są dziś dość modne. Czy Sibleyras i Pańskie przedstawienie odbierają im nadzieję, czy raczej życzliwie kibicują?

    Związki, w których partnerów dzieli duża różnica wieku, istnieją od początku świata. Miłość jest piękna, romantyczna. Czasami bywa też interesowna. Należy cieszyć się, jeśli ludzie się kochają lub martwić się i współczuć, jeśli jest to bardzo nierozsądne. Ale nie należy oceniać i absolutnie nie należy się wtrącać. „Taniec albatrosa” na pewno daje nam do myślenia. Kpi z nieautentyczności, ślepo wyznawanych mód i trendów. Zarazem Sibleyras zauważa znaczenie tradycji i podkreśla pustkę świata pozbawionego nadrzędnego sensu.

    I w „Napisie” Sibleyras mówił: nie oceniaj! Czego jeszcze uczy nas ten autor?

    Sibleyras nie ma ambicji pedagogicznych. Z ironią, poczuciem humoru i kropelką goryczy obserwuje świat, który nas otacza. Nie jest dydaktykiem, nie poucza. Patrząc z dystansu, pokazuje słabości współczesnego społeczeństwa, jakby licząc na to, że uruchomi to w nas refleksję. „Taniec albatrosa” opowiada też o obowiązujących modelach pozornej wolności i hurraoptymistycznej wierze w to, że we współczesnym świecie jesteśmy wolni od ograniczeń, że mamy prawo - a nawet obowiązek - do samorealizacji. Ta nieograniczona wolność jest - choć to może niepopularne stwierdzenie - iluzją. Żyjemy w czasach, kiedy słowo „wyrzeczenie” straciło swoją wagę.

    Praktycznie przestało funkcjonować w świadomości współczesnych Europejczyków. Może Sibleyras, pokazując to w swojej sztuce, liczy na to, że na scenie zobaczymy samych siebie i skłoni nas to do autorefleksji? Może chce, żebyśmy zrozumieli, że propozycje postępowego świata są fikcją? Przecież ludzie przeżywają ciągłe rozczarowania w związku z tym, że dobrze brzmiących haseł nie da się zrealizować i z pokorą musimy uznać, że tak naprawdę niewiele jesteśmy w stanie zmienić. Niewiele możemy zmienić. W spektaklu spotykają się dwa światy i dwa pokolenia. Judyta jest przedstawicielem młodej generacji dwudziestolatków, którzy chcą walczyć, są aktywistami, biorą udział w marszach na rzecz pokoju. Ten bunt wynika z potrzeby serca, ale jednocześnie jest naiwny. Starszy partner Judyty, Filip, jest z kolei rozczarowany, nie wierzy już w to, że cokolwiek można zmienić. Zarówno jedni, jak i drudzy, są w pewnym sensie zagubieni.

    Dziś raczej się martwimy. Możliwy jest jeszcze „taniec albatrosa”?

    Albatrosy rozpoznają się po swoistym tańcu godowym, który bohater sztuki nazywa tańcem albatrosa. Ten ptak, nawet w wielkim stadzie i po kilku latach rozłąki, zawsze odnajdzie swoją partnerkę. Sibleyras zastanawia się, czy wśród ludzi są jeszcze możliwe całkowicie monogamiczne związki. Moim zdaniem chce nam powiedzieć, że tak. Choć sztuka pokazuje, że udziałem ludzi jest raczej rozczarowanie. Jednak to rozczarowanie wynika z faktu, że ideał szczęścia w związku chcemy osiągnąć bez wysiłku. Nie akceptujemy niedoskonałości, nie stać nas na wyrzeczenia. Albo ideał albo nic.

    Uwypukla Pan w tekście Sibleyrasa to, co uniwersalne, czy w jakiś sposób przybliża go do naszej polskiej rzeczywistości?

    Jako reżyser od 30 lat zajmuje się prawie wyłącznie zachodnią dramaturgią współczesną. Pamiętam, jak przed laty bardzo często wątpiłem, czy polska publiczność zrozumie problemy, którymi żyją bohaterowie moich przedstawień. Dziś, mam wrażenie, staliśmy się na tyle normalnymi Europejczykami, że mamy te same problemy, które dotykają Francuzów czy Anglików. Zatem uniwersalizm sztuki Sibleyrasa jest jednocześnie opisem naszej polskiej rzeczywistości.

    Spektakl ma bardzo interesującą obsadę. Lubi Pan wyraźnie nakreślić aktorom swoje oczekiwania, czy pozwala im po prostu grać?

    To obsada marzeń. Z Barbarą Lauks, Adamem Marjańskim i Mirosławem Jękotem znamy się od zawsze. To natomiast moje pierwsze, ale jakże miłe, spotkanie z Karoliną Krawczyńską - młodą i bardzo utalentowaną aktorką Teatru Powszechnego. Ja również jestem aktorem i choć od lat nie uprawiam tego zawodu, to w pracy z aktorami moje doświadczenie bywa bardzo pomocne. Często podsuwam im rozwiązania, dzielę się swoimi pomysłami. Oczywiście to oni potem stają przed publicznością i wszystko jest w ich rękach. Bardzo cenię teatr aktorski i tak zwane aktorskie przedstawienia z „niewidzialną reżyserią”.

    Co sprawia, że decyduje się Pan ten, a nie inny tytuł przenieść na scenę?

    Reżyser czyta bardzo wiele sztuk i tylko w nielicznych rzeczywiście czuje teatralny potencjał. W ramach wspólnych poszukiwań do tekstu Sibleyrasa zainspirowała mnie dyrektor Ewa Pilawska. „Taniec albatrosa” uznałem za bardzo interesujący dla mnie jako reżysera, a idealnie wpisujący się w nurt poszukiwań repertuarowych łódzkiego Teatru Powszechnego, który jest Polskim Centrum Komedii. Muszę powiedzieć, że bardzo cenię profil artystyczny „Powszechnego”, bo jest bardzo bliski ideałowi teatru, który uprawiam. „Mój” idealny tekst to taki, który jest interesujący, zabawny, a jednocześnie zawierający obserwacje świata i refleksję na ten temat. I taki jest moim zdaniem „Taniec albatrosa” Sibleyrasa, autora, który ogląda świat oczami humorysty. Komedia w Polsce jest gatunkiem lubianym przez publiczność i trochę lekceważonym przez krytykę i - szerzej - kręgi opiniotwórcze.

    A przecież to wspaniały, ale odrębny gatunek teatru. Gatunek, poprzez który wyrażało się tak wielu wybitnych twórców. Bez komedii teatr byłby uboższy, a widownie mocno przerzedzone. To nie jest tak, że lepiej spieprzyć „Hamleta” niż świetnie zagrać „Tango” czy nawet „Testosteron”. Londyńscy recenzenci co roku przyznają nagrody dla najlepszego dramatu i najlepszej komedii na West Endzie. Odrębne i równorzędne. Generalnie uważam, że gdybyśmy z poczuciem humoru patrzyli na rzeczywistość, mniej byłoby na świecie konfliktów, dramatów, podziałów.

    Mimo różnic w poglądach, jesteśmy w gruncie rzeczy tacy sami- nie musimy się kłócić i wychodzić z bejsbolami. Dlatego ogromnie podoba mi się poczucie humoru Sibleyrasa i humorystyczne podejście do podejmowanych tematów. Przypominają mi się tu słowa papieża Franciszka, który powiedział, że cechą dobrego chrześcijanina powinno być poczucie humoru.

    O jakich sztukach teraz Pan myśli?

    Przymierzam się do realizacji „Złych Żydów” Joshuy Harmona. To także komedia, choć mroczna. Podobnie jak „Taniec albatrosa” opisuje problemy współczesnego świata, autora interesuje konflikt dwóch postaw. Z jednej strony mamy wiarę w postęp i wartości liberalne, w prawo do szczęścia, samorealizację i wolność jednostki. Po przeciwnej stronie jest pragnienie zachowania tradycji, tożsamości narodowej i wiary.

    Przeświadczenie, że religia jest koniecznym warunkiem dla pełnego człowieczeństwa. Sztuka osadzona jest w środowisku Żydów amerykańskich, ale podobna dyskusja - czy nawet konflikt - toczy się i wśród Polaków.

    A w jakim nastroju chce Pan pozostawić widzów Teatru Powszechnego?

    Chcę, żeby wychodzili z Teatru uśmiechnięci, nie zdołowani - choć refleksje, z którymi pozostawia nas sztuka są nieoczywiste, niekoniecznie wesołe. Ale jak wcześniej mówiłem, poczucie humoru pomaga żyć.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo