INFORMATOR

    Wojsko sprzedaje mieszkania

    Rozwiń
    Olbrychski: Łódź była przez rok moim domem, stała się moim...

    Olbrychski: Łódź była przez rok moim domem, stała się moim matecznikiem

    Anna Gronczewska

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Daniel Olbrychski przyjechał do Łodzi na plan programu „Polska filmowa”

    Daniel Olbrychski przyjechał do Łodzi na plan programu „Polska filmowa” ©Grzegorz Gałasiński

    „Ziemia obiecana” to jeden z najważniejszych filmów nie tylko w historii polskiej kinematografii - mówi Daniel Olbrychski, znany polski aktor
    Daniel Olbrychski przyjechał do Łodzi na plan programu „Polska filmowa”

    Daniel Olbrychski przyjechał do Łodzi na plan programu „Polska filmowa” ©Grzegorz Gałasiński

    Spotykamy się w Muzeum Kinematografii, dawnym pałacu Karola Scheiblera, w którym ponad 40 lat temu kręcono sceny do „Ziemi obiecanej”. Wracają wspomnienia?
    Na pewno. Wtedy nie było tu jeszcze Muzeum Kinematografii. Była piękna sala, w której kręciliśmy różne sceny. Franek Pieczka pokazywał mi swój pałac, kusząc, bym został jego zięciem.

    Grając Karola Borowieckiego w „Ziemi obiecanej” wszedł Pan do historii Łodzi...
    Myślę, że tak jest. I jestem z tego dumny. „Ziemia obiecana” Władysława Reymonta to najpiękniejsza książka o Łodzi. To literacki pomnik, który ten pisarz postawił temu miasto.

    Ale film też był niesamowity.

    Takiego filmu nie dałoby się już nakręcić. Łódź wyglądała wtedy tak jak z czasów Reymonta. Andrzej Wajda, scenografowie mieli niesamowity luksus.

    Dlaczego?
    Wtedy wszystkie łódzkie fabryki pracowały. Mieliśmy dźwięk maszyn, bezpłatnych statystów. Łódzkie kobiety na co dzień pracowały przy tych maszynach. Wystarczyło je tylko przebrać w śliczne fartuszki z końca XIX wieku. Założyły je zamiast brzydkich, roboczych drelichów. One nie przerywały pracy, a my graliśmy. Pamiętam scenę z Andrzejem Łapickim, który chciał ode mnie wyciągnąć jakieś pieniądze, bo był w strasznym kryzysie. Myśmy musieli do siebie krzyczeć, bo się nie słyszeliśmy. Taki był hałas maszyn. I były to te same maszyny, na których pracowały prządki w końcu XIX wieku. Maszyny postarzały się o 100 lat, a więc musiały być jeszcze głośniejsze niż w czasach, gdy rozgrywała się akcja powieści Reymonta. A robiliśmy film, który pokazywał, w jakich ciężkich warunkach klasa robotnicza pracowała w XIX wieku. Niemal sto lat później prządki z komunistycznej Polski pracowały na tych samych maszynach. Tylko jeszcze głośniejszych, bo były stare, zużyte. Pamiętam, że po zdjęciach w łódzkiej fabryce wracaliśmy do Warszawy samochodem, to jeszcze do Sochaczewa nie słyszeliśmy siebie wzajemnie, bo tak byliśmy ogłuszeni przez hałas tych maszyn. To było straszne.

    Rola Karola Borowieckiego jest chyba jedną z ważniejszych w Pana karierze?
    Na pewno, bo film jest najważniejszy nie tylko w historii polskiej kinematografii. O ile pamiętam, to w swoim czasie Ingmar Bergman, podając dziesięć najważniejszych filmów świata, wymienił również „Ziemię obiecaną” w reżyserii Andrzeja Wajdy.

    Łódź też zajmuje ważne miejsce w Pana życiu?
    Oczywiście! Była przez pewien czas nawet moim drugim domem. To mój matecznik. Łódź była pierwszym miastem, w którym dłuższy czas mieszkałem poza domem.

    Kiedy to było?
    Pierwszym moim filmem był „Ranny w lesie” w reżyserii Janusza Nasfetera, który kręciliśmy w uroczym Augustowie. Potem na niemal rok zamieszkałem w Łodzi. Było to w czasie zdjęć do filmu Andrzeja Wajdy „Popioły”. Grałem w nim Rafała Olbromskiego. Wtedy moim domem stał się łódzki Grand Hotel, moją kawiarenką Honoratka. Byłem wtedy młodym chłopakiem, miałem 19 lat. Pamiętam dobrze ul. Piotrkowską, SPATiF przy al. Kościuszki.

    Jak Pan wspomina Łódź z tamtych czasów?
    Było to smutne miasto. Dziś Łódź jest nieporównywalnie piękniejsza. Bardzo lubię polskie miasta. Warszawa została kompletnie zburzona, a potem odbudowana. Jest dziś przedziwnie piękna. Znajduje się tam jakby pięć różnych miast. Mamy więc zrekonstruowaną starówkę, piękne, zielone tereny. Ciągną się od mostu Poniatowskiego przez park Ujazdowski, Łazienki, ogród botaniczny. Każda dzielnica była odbudowywana trochę w innej epoce. A Łódź nie była zniszczona przez okupację. Zachowała tę swoją oś ul. Piotrkowskiej, przyległe do niej ulice. Jest więc taka, jak była, ale jednocześnie bardzo się rozwinęła. Powstały nowe osiedla.

    Ale wróćmy do czasów, gdy przyjeżdżał Pan do Łodzi kręcić filmy. Prowadził Pan wtedy szalone życie?
    Nie było jakiś szaleństw. Życie toczyło się na wyznaczonej trasie. Był to Grand Hotel, Honoratka, SPATiF, Wytwórnia Filmów przy ul. Łąkowej. Te miejsca stanowiły takie nasze getto. Nie mieliśmy czasu na szaleństwa, prowadzenie jakiegoś życia towarzyskiego. Choć oczywiście żyliśmy w jednej rodzinie. Stołowaliśmy się trochę na planie. Śniadanie jedliśmy w hotelu, a wieczorem kolację w SPATiF-ie.

    Potem też pewnie przyjeżdżał Pan do Łodzi, kręcąc kolejne filmy?
    Tak, ale najbardziej zapamiętałem właśnie „Popioły” i „Ziemię obiecaną”.

    Doczekał się Pan swojego apartamentu w łódzkim Grand Hotelu...
    No tak. Nawet osobiście go otwierałem. Ile razy jestem w Łodzi, to w nim nocuję.

    Co u Pana teraz słychać?

    Dziękuję, wszystko dobrze. Jesteśmy zdrowi, ja i moje zwierzęta.

    Jakie to zwierzęta?
    Mam dwa konie, dwa koty i psa yorka. A jeden kot jest dziki. To Maxim. Jest serwalem, z domieszką kota domowego. Przejąłem go po moim zmarłym przyjacielu, piosenkarzu Waldemarze Koconiu.

    Przystosował się do nowego miejsca?
    Tak, choć jest indywidualistą, większość czasu spędza na dworze. Uciekają przed nim psy, bo waży prawie 20 kilo. Przyzwyczaił się do nas, nowych właścicieli. Waldek umarł, gdy kot miał niecały rok.

    Daniel Olbrychski
    27 lutego skończy 71 lat. Urodził się w Łowiczu, dzieciństwo spędził w Drohiczynie, potem wyjechał do Warszawy. Jego matka Klementyna Sołonowicz-Olbrychska była pisarką. Zagrał także w filmach zagranicznych, m.in. u takich reżyserów jak Volker Schloendorff, Claude Lelouch i Nikita Michałkow. Kilka lat temu zagrał w filmie „Salt” u boku Angeliny Jolie. Dla wielu pozostanie jednak niezapomnianym Andrzejem Kmicicem.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Łódź

    czytelnik (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1 / 1

    Najlepszy jest opis Warszawy na pytanie o Łódź, warto przeczytać pełną wersję - papierową, skoro tu nie ma całej

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Resort w akcji

    fala (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1 / 1

    Dajcie już spokój z komunistycznymi kacykami

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    bzdury

    Greg (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 5 / 5

    Niestety jak to często się panu zdarza panie Olbrychski plecie pan bzdury. Żadne maszyny nie wytrzymałyby takiej próby czasu. To były maszyny oparte na podobnej zasadzie pracy ale współczesne. Poza...rozwiń całość

    Niestety jak to często się panu zdarza panie Olbrychski plecie pan bzdury. Żadne maszyny nie wytrzymałyby takiej próby czasu. To były maszyny oparte na podobnej zasadzie pracy ale współczesne. Poza tym do filmy pan Wajda wyszukiwał te oddziały produkcyjne ,które najbardziej zachowały klimat tamtych lat. Reszta była jak na swoje czasy nowoczesna.Natomiast architektura i klimat niektórych ulic pozostały istotnie nietknięte od czasów Rejmonta. Byłem świadkiem kręcenia sceny przy pałacu Poznańskiego ( dziś ŁODZKIE Konserwatorium) gdy polewał pan wiadrem dozorcy Moryca aby szybko wytrzeźwiał zatem znam realia o,których pan dzisiaj opowiada.Nie wolno zbyt łatwo podawać publicznie uproszczonych i nieprawdziwych wspomnień. Nawet jeśli jest się artystą .zwiń


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Bzdury to ty opowiadasz

    x (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 5 / 1

    W latach 70-80 w łódzkich tkalniach pracowały krosna które miały po kilkadziesiąt lat. Szwajcarskie. Kiedyś delegacja szwedzka zwiedzała Poltex (dzisiejsza Manufaktura) i była przekonana że to...rozwiń całość

    W latach 70-80 w łódzkich tkalniach pracowały krosna które miały po kilkadziesiąt lat. Szwajcarskie. Kiedyś delegacja szwedzka zwiedzała Poltex (dzisiejsza Manufaktura) i była przekonana że to świetnie zachowany skansen, a to był normalnie pracujący zakład.
    Hałas w hali gdzie pracowało 200 krosien był niewyobrażalny. NIe wiem dlaczego uważa się, że praca górnika jest ciężka a praca tkacza nie. zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo