MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Teatr - recenzja: Królowe. Lament dający ukojenie

Dariusz Pawłowski
Kamil Maćkowiak w imponującym kostiumie do spektaklu „Diva 2. Lament królowej” w sesji w Pałacu Poznańskiego
Kamil Maćkowiak w imponującym kostiumie do spektaklu „Diva 2. Lament królowej” w sesji w Pałacu Poznańskiego Marta Zając-Krysiak
Teatr Kamila Maćkowiaka w Łodzi: „Diva 2. Lament królowej”, scen. i reż. Kamil Maćkowiak. Pisze Dariusz Pawłowski.

Teatr Kamila Maćkowiaka na swe dziesięciolecie przygotował spektakl „Diva 2. Lament królowej”. Lament, jak to lament - zawsze jest osobisty. Ale ponieważ to lament królewski, to przecież i „poddanych”.

Dobrze jest być aktorem. Zawód ten, pomimo usilnych starań wielu ludzi teatrem się zajmujących, zachowuje szlachetne piękno i pozwala widzowi na niezwykłe spotkanie z samym sobą. Aktor może przy tym, dzięki sztuce, której się poświęcił i której oddał swoje oblicze oraz relacje z otoczeniem, pozwolić sobie na to, co u innych uznalibyśmy za arogancję, natręctwo lub zaprzątanie nam głowy prywatnymi bolączkami.

Może schować się za postać, nawet wyjątkowo ekscentryczną, by wypowiedzieć to, co niejeden myśli, ale czuje się ze swoimi spostrzeżeniami coraz bardziej wyobcowany w bezkrytycznie goniącej za progresywnością rzeczywistości. A następnie może wyjść z roli i wyjawić swoją osobistą historię, którą zwykle obdarza się najbliższych, bo co kolejne dzieciństwo i kończące je dopiero pożegnanie z Matką (niezależnie, w którym roku naszego życia to się staje) może obchodzić obcych, mających własne doświadczenia.

Ale właśnie dlatego, że uczyni to na scenie, w sposób czysty i bez manipulacji odbiorcą swym narcyzmem (jak to się dzieje w innym, głośnym ostatnio, także podejmującym temat śmierci rodzica spektaklu), może z „prywaty” uczynić sytuację uniwersalną i dotykającą każdego. Dobrze jest więc być aktorem i w takich sytuacjach być z aktorem. Szczególnie takim, jak Kamil Maćkowiak, który z komunikowania się ze swoimi widzami uczynił artyzm.

Powstałym w 2013 roku widowiskiem „Diva Show, czyli monorewia osobowości borderline”, teatralnym stand-upem zrealizowanym w okresie, kiedy ta forma nie była jeszcze tak rozbuchana, jak obecnie, Kamil Maćkowiak osiągnął sukces niebagatelny i pewnie sam się nie spodziewał, iż będzie zakładał na siebie perukę, sukienkę, szpilki i osobowość mężczyzny ze zdiagnozowanym zaburzeniem osobowości - borderline dziesięć lat. Aż doszło do momentu, w którym artysta musiał się z pewnych kwestii wytłumaczyć.

Bo przecież „Diva” nie jest o Kamilu Maćkowiaku, jak wielu myślało, zaś relacje z mamą autor spektaklu - jak się w trakcie kontynuacji przedstawienia dowiadujemy - miał zupełnie inne, niż jego bohater. „Diva 2” miała nie powstać, ale powstać zatem musiała - by posprzątać niedomówienia, uporządkować to, co pozostawało w zaniechaniu, oddać szacunek temu, co okazało się konstruktywne, zamknąć, co do pewnego stopnia terapeutycznego zamknięcia wymagało, a i pewnie otworzyć, przed Kamilem Maćkowiakiem - artystą, drzwi do kolejnych twórczych wolt. „Diva” pierwsza, czyli właściwie dziewicza, miała dużą siłę rażenia, swoistą, dobrze rozumianą bezczelność i energię niekonwencjonalnego wchodzenia w interakcję z publicznością, podparte świeżością postaci i samego Kamila Maćkowiaka w tej roli (która była jednocześnie ekstatycznym hołdem dla Tiny Turner - wielkiej postaci muzyki, także, jak Diva, z osobowością po przejściach).

„Diva 2” jest już bardziej konkretna, naturalnie dojrzalsza i chociaż wie, że może wszystko, o czym widzom przypomina, to zarazem ma już w sobie rodzaj ostrożności - by nikogo nie urazić, li tylko dla efektownej sceny. „Diva” dzisiejsza, której dziewictwo (rozumiane jako niewinność) dawno rozdrapały świat i potyczki z prowadzeniem prywatnego teatru w mieście Łodzi, rozpycha się na scenie (w kolosalnie imponującej kreacji projektu Waldemara Zawodzińskiego, a wykonanej przez Konrada Zycha), ale jest już raczej postacią ze sceny do własnej przestrzeni schodzącą, z coraz większym dystansem spoglądającą na ludzi i zjawiska dzisiejszą scenę codzienności budujące. Bo znowu - napracowała się przez lata tyle, że teraz może sobie na to pozwolić. Ciągle bawi, niszczy ciasnotę myślenia, igra ze stereotypowym postrzeganiem męskości i kobiecości, wyrzuca nam zagubienie się w konsumpcjonizmie, poddanie terrorowi lajków, odwracanie pojęć, bezwzględną i bezmyślną walkę o poklask, mówi, co myśli, a że myśli znacznie dojrzalej niż kiedyś? Kamil Maćkowiak inteligentnie, z dużą czujnością Divą po raz kolejny się staje, ale zarazem zaznacza wychodzenie z tej roli. Tym bardziej trzeba się z nią spotkać.

W drugiej części spektaklu Kamil Maćkowiak dokonuje tego, co zdaje się lubić i czego się przecież w baletowej szkole tak dobrze nauczył: robi niespodziewany piruet i schodzi do widzów w prywatnym stroju, by prowadzić z nimi prywatny, sentymentalny dialog. Z humorem wprowadza nas do świata Kamila chłopca, jego brata i rodziców. Bez fałszywej skromności, ale i bez żalu przypomina, że niegdyś z powodzeniem rozpoczął karierę klasycznego tancerza, którą zamienił na aktorstwo.

Czyni to wszystko z taką swobodą i akceptacją przeszłości, że z przyjemnością, bez odrobiny niezręczności rozgaszczamy się w jego domu i środowisku. Lecz wszystko to prowadzi do, wbrew pozorom, nieczęstej w teatrze autentycznej ballady o miłości pierwszej, nie zawsze wyrażonej w pełni (czasem za późno), bo zwykle oczywistej, matki do dziecka, dziecka do matki, rodziców i latorośli. Miłość - wiem, wstydliwe to dzisiaj słowo - przepełnia ten mądry spektakl, który zabiera się ze sobą. Tak, masz rację, Kamilu, Jadwiga - o, przepraszam bardzo - Krystyna była wielka. One zawsze są wielkie.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Jerzy Stuhr nie żyje. Aktor zmarł w wieku 77 lat

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki