13 grudnia 1981 roku w Łodzi

Joanna Leszczyńska
Nocne walenie w drzwi, szturm ZOMO na siedzibę Solidarności przy ul. Piotrkowskiej, ludzie uciekający przed pałowaniem do katedry.

Z tamtej nocy pamiętają każdy szczegół. Zenobia Łukasiewicz nie zdążyła jeszcze odsapnąć po powrocie z Warszawy do Łodzi, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Przez wizjer zobaczyła jakąś kobietę. Prosiła, aby ją wpuścić. Myślała, że może nieznajoma chce skorzystać z telefonu. Otworzyła. Za drzwiami stało też kilku mężczyzn.

Wepchnęli się do środka, jeden złapał mnie za włosy i przegiął aż do ziemi - opowiada pani Zenobia, wtedy współpracowniczka KOR. - Powiedzieli, że prokurator chce ze mną rozmawiać. Sądziłam, że chodzi o to, że w pociągu opowiadałam obcym ludziom o komunistycznych zbrodniach. Może był tam jakiś tajniak. Wsuwając kozaki, zepsułam zamek i włożyłam czółenka. Na dworze był wielki mróz.

Ewa Sułkowska-Bierezin, działaczka KOR-u i "Solidarności" skończyła właśnie pić herbatę po powrocie z wieczornego seansu w kinie, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Za drzwiami stało kilku mężczyzn - cywile i mundurowi. Powiedzieli, że ją zabierają "do wyjaśnienia". Chwilę później pakowała ciepłe ubranie i potrzebne drobiazgi. Pamięta nawet to, że kiedy wychodząc, zadzwoniła do drzwi sąsiadki, esbek próbował jej w tym przeszkodzić, uderzając w rękę. Ale sąsiadka zdążyła otworzyć. Zaraz rzuciła się do telefonu, żeby zawiadomić brata pani Ewy, też opozycjonistę, ale telefony już były wyłączone.

Edward Pińkowski, przewodniczący ówczesnej Komisji Zakładowej "Solidarność" w Zakładach Wyrobów Obiciowych "Vera" w Łodzi 12 grudnia około 22.00 wrócił z rodzinnej uroczystości, kiedy do drzwi zapukali milicjanci. "Coś się stało w pana zakładzie, chcemy ułatwić panu dojazd" - powiedzieli. Domyślił się, że coś się stało, bo z czterema milicjantami jechał na komendę na Lutomierską. W celi na komendzie zobaczył ludzi z "Solidarności" i przedsierpniowej opozycji. - Niektórzy esbecy próbowali do nas mówić po rosyjsku. Straszyli transportem na Wschód. Dopiero w więzieniu w Łęczycy dowiedziałem się, że jest stan wojenny.

Rafała Kasprzyka, wówczas pracownika naukowego na wydziale prawa UŁ, doradcę prawnego Zarządu Regionu "S", nad ranem odwiedził kolega Jacek Jordan, mówiąc, że internowali Jacka Kwaśniewskiego i Jurka Drygalskiego, a oni mają obronę prac doktorskich w poniedziałek. - Ja na to, że instytucja internowania jest przecież na wojnie - wspomina mec. Kasprzyk. - A on: "To ty nic nie wiesz? Jest stan wojenny." Chciałem zadzwonić, a Jacek mówi, że telefony są wyłączone.

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku w Łodzi i w regionie internowano około 150 osób. Wśród nich byli szeregowi członkowie związku, którzy nie odgrywali w nim większej roli. Tak jak Antoni Salm, inżynier z Instytutu Techniki Cieplnej, który "zagrażał porządkowi publicznemu" tylko dlatego, że zbierał podpisy na budowę kościoła na Widzewie Wschodzie.

13 grudnia milicja nad ranem włamała się do pomieszczeń "Solidarności" przy ulicy Piotrkowskiej 260, zabierając m.in. dokumenty, a pozostawiając sprzęt nagłaśniający i poligraficzny. Powracający z Gdańska, z posiedzenia Komisji Krajowej, Andrzej Słowik, szef łódzkiej "S" i Jerzy Kropiwnicki, jej wiceprzewodniczący zastali splądrowaną siedzibę związku. Wkrótce zaczęli się tam pojawiać się inni członkowie"Solidarności". Wywieszono flagi narodowe, przewiązane krepą.

Rano pojawił się tam także Longin Chlebowski z MPK. Spytał Jerzego Kropiwnickiego, czy MPK staje w poniedziałek rano. Kropiwnicki potwierdził. Chlebowski zaczął objeżdżać zajezdnie i informować o strajku.

- Kiedy się pojawiłem w Zarządzie Regionu, rozrzucano już ulotkę Jerzego Kropiwnickiego z proklamacją strajku generalnego - mówi mec. Kasprzyk. - Odczytywał ją Marek Markiewicz.
"Dziś stała się rzecz w historii naszej Ojczyzny bezprzykładna: Rząd wypowiedział wojnę Narodowi" - tak zaczynała się odezwa do łodzian, podpisana przez Jerzego Kropiwnickiego i Andrzeja Słowika. Autorzy zapewniali, że "tę walkę wygramy dla przyszłych pokoleń." Informowali o powołaniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz wezwali w imieniu związku do strajku powszechnego, żądając zwolnienia aresztowanych i cofnięcia decyzji o stanie wojennym.
- Jurek mi zaproponował, bym napisał następną ulotkę, że w świetle Konstytucji stan wojenny jest nielegalny - dodaje Rafał Kasprzyk. - Napisałem ją odręcznie i miało to pójść na powielacz, ale kolega z poligrafii nie zdążył tego wziąć, bo wkroczyło ZOMO.

Przed budynek podjechały milicyjne gaziki i ciężarówka z uzbrojonymi zomowcowami, którzy zaczęli szturmować siedzibę "S". Jeszcze tego samego dnia Kropiwnicki i Słowik zostali aresztowani i internowani. Później skazano ich na sześć lat więzienia.

Ewa Błaszczyk, działaczka "Solidarności"w Instytucie Techniki Cieplnej, była tego dnia na Piotrkowskiej. Mimo ogromnego mrozu, przed budynkiem "Solidarności "były tłumy ludzi. Niektórzy krzyczeli: "Gestapo!", "Zwyciężymy!" i "Zima wasza, wiosna nasza". Z okien leciały ulotki z odezwą Słowika i Kropiwnickiego. ZOMO atakowało ludzi pałkami, usiłując rozpędzić tłum. Niektórzy pouciekali do katedry.

14 grudnia na apel o strajku odpowiedziało kilkadziesiąt zakładów w regionie. Zastrajkowali też studenci na wydziale prawa UŁ . Andrzej Niedbała, ówczesny wiceprzewodniczący "S" w "Polanilu": - 14 grudnia w obronie internowanego Marka Czekalskiego, szefa zakładowej "S" rozpoczął się strajk. O północy zakład spacyfikowali zomowcy, niektórych strajkujących zatrzymali. Andrzejowi Niedbale na razie się upiekło.

Wiele osób, powołując się na kontakty z rodzinami internowanych opowiadało wstrząsające historie o losie zatrzymanych. Zenobia Łukasiewicz z komendy na Lutomierskiej pojechała milicyjną suką do więzienia w Łęczycy: - Wchodzimy, a na powitanie "ścieżka zdrowia" - z dwóch stron otoczyli nas faceci z pałami i tarczami. Dadzą nam łomot, myślałam, ale nie uderzyli nikogo. Byłam zaskoczona, że komendant więzienia dał nam nowiusieńkie piżamy i koce. Jedną noc przespałyśmy i zabrano nas do aresztu śledczego do Olszynki Grochowskiej. Na drugi dzień okazało się, że jedna z opozycjonistek, Inka Dunin, siedzi tuż obok celi jej córki - Kingi, dziś znanej dziennikarki. Trudno opisać rozpacz Kingi, kiedy dowiedziała się, że jej mąż też jest internowany. W domu został ich półroczny syn, Staś.

- Zagroziłyśmy, że zrobimy strajk głodowy, jak jej nie wypuszczą - mówi pani Zenobia. - Kilka dni później Kingę wypuścili. Dzięki pomocy adwokatów odnalazła Stasia w domu małego dziecka.

Ewę Sułkowską-Bierezin razem z innymi kobietami zabrano do Sieradza i zamknięto w milicyjnym areszcie. Ledwo usnęły, kiedy nagle kazano im szykować się w drogę. Miały nie wyschnięte rajstopy. Iwona Katarasińska w ogóle ich nie włożyła i jechała z gołymi nogami, trzęsąc się z zimna.

Po kilku godzinach dotarły do aresztu śledczego w Olszynce Grochowskiej. - Nie czułam strachu - wspomina Ewa Sułkowska-Bierezin. - W skrajnych sytuacjach potrafię się opanować. Było mi łatwiej niż innym, bo nie miałam dzieci, o które musiałabym się martwić. Martwiłam się... o kota, który został na dworze i o materiały komisji rewizyjnej łódzkiej Solidarności, które mogły wpaść w ręce bezpieki. Całkiem niedawno okazało się, że materiały te wynieśli znajomi i przez rok były przechowywane w ... ZOO, a potem je ktoś zabrał i ślad o nich zaginął.

Jednak kiedy w połowie stycznia, zabrali ją do ośrodka internowania w Gołdapi, przeżyła chwile grozy, gdyż w pewnym momencie wydawało jej się, że to wywózka do ZSRR. Luksusowy ośrodek wczasowy w Gołdapi, położony był bowiem 400 metrów od granicy. Warunki były znośne, ale to nie były wczasy.

Mąż, Jacek Bierezin, był w tym czasie internowany w Darłówku. Międzynarodowy Czerwony Krzyż wymusił na władzy, żeby Ewę wypuszczono na przepustkę. W ciągu czterech dni odwiedziła męża, brata i bratową z dziećmi. Miała ze sobą 60 grypsów do internowanych w Darłówku i Łowiczu, ale nie wszystkie dotarły. Wstąpiła od rodzin współtowarzyszek niedoli. Prosiła matkę koleżanki, żeby nie przysyłała jej wędliny, ale raczej coś z zieleniny - szczypiorek, rzodkiewkę, pietruszkę. Ta kobieta powtarzała te słowa jak mantrę, przekonana, że to jakiś szyfr.

Zapisz się do newslettera

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Ś
Świadek tych lat
Teraz pan E.Pińkowski, a z nim wielu "zasłużonych" są wreszczie wolni. Wolni od ZOMO, MO i obowiązków przewodniczącego K.Z. Solidarności. Jest wolny przede wszystkim od pracy, bo zakład "Vera" już go nie potrzebuje. Zakład "Vera" w Polsce urządzonej przez Solidarność jest też niepotrzebny. W ogóle taką nam Ojczyznę spreparowano, że Polacy teraz mogą łączyć pracę z turystyką i trzeba przyznać, że znaczna część ludzi z tej okazji korzysta. Tego efektu swej działalności panowie Kropiwnicki i Słowik nawet nie przewidywali. Tylko zanteresowani przeżyciem z dnia na dzień mają dylemat: jechać w nienane czy nie jechać, ryzykować rozstanie z rodziną bez pewności zatrudnienia nawet na zmywaku czy nie ryzykować. Pogratulować twórcom nowej Polski - sprawiedliwej, wolnej i niepodległej. Ale za to wróciła zmora przedwojennych lat: gruźlica, wszawica i głodne dzieci. Macie się czym pochwalić twórcy nowej Polski. Pozostała zaduma dla ludzi myślących.
Dodaj ogłoszenie