18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Afera Galbeksu. Deweloper złamał im życie

Wiesław Pierzchała
Poszkodowanym przewodzi Krystyna Waśniowska (w środku) Maciej Stanik
Zamiast wymarzonego mieszkania zostali na lodzie: bez pieniędzy i z kredytami na karku. W wyniku afery Galbeksu stracili fortunę, zdrowie, a nawet życie, bowiem na wieść o krachu trzy osoby popełniły samobójstwo, a jedna doznała wylewu i też zmarła. O aferze stało się głośno w całej Polsce, bowiem Elżbieta Jaworowicz opisała ją w swoim popularnym programie telewizyjnym "Sprawa dla reportera". Dziś o aferze znów głośno, bowiem wróciła na wokandę Sądu Okręgowego w Łodzi.

A miało być tak pięknie. Zwabieni kuszącą ofertą w luksusowej siedzibie Galbeksu przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi, co tej firmie deweloperskiej dodawało splendoru i wiarygodności, liczni klienci na wyścigi podpisywali umowy o zakup mieszkania w nowym bloku lub apartamentowcu. Niestety, większość z nich została wpuszczona w maliny. Wśród nich byli lekarze, profesorowie i przedsiębiorcy. Stracili dorobek swego życia. Efekt ich kontaktów z Galbeksem był taki, prawie 100 osób straciło 7 mln złotych.

Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego Łódź-Śródmieście. Na ławie oskarżonych zasiedli dwaj, będący architektami, szefowie Galbeksu: mający dziś po 50 lat Jacek D. i Przemysław C., którzy - jak z oburzeniem podkreślali poszkodowani - oszukali nawet... swego profesora z Politechniki Łódzkiej. Ruszył proces, który zakończył się w kwietniu 2012 roku uniewinnieniem oskarżonych. Sąd nie dopatrzył się w ich działalności zamiaru popełnienia przestępstwa.

Po tym wyroku poszkodowani byli wstrząśnięci i zdruzgotani. Sędzia Małgorzata Frąckowiak-Kalinowska obawiała się ich reakcji, dlatego na salę wezwała dwóch uzbrojonych policjantów, co zdarza się bardzo rzadko. Ich widok ostudził emocje. Jednak gdy poszkodowani wyszli na korytarz, dali upust swemu rozgoryczeniu. Na sąd i oskarżonych posypały się gromy.

- To skandal! Wyrok jest wyjątkowo krzywdzący i niesprawiedliwy. Szefowie Galbeksu perfidnie nas okradli i oszukali i włos im z głowy nie spadł. I gdzie tu sprawiedliwość? Zostaliśmy bez pieniędzy i mieszkań. Gdzie mamy mieszkać?Pod mostem? - pomstowali.

Oczywiście w sprawie tej została wniesiona apelacja, która okazała się owocna, bowiem sąd wyższej instancji skierował sprawę do ponownego rozpoznania. Stąd nowy proces, który nie może ruszyć, gdyż został storpedowany przez jednego z oskarżonych - Przemysława C. Jak ognia unika on gmachu Temidy. Nie przybył na dwa terminy. Przysłał za to list, w którym poinformował, że nie będzie chodził na rozprawy i proces może być prowadzony pod jego nieobecność.

Reakcja sędziego Grzegorza Gały, który nie da sobie w kaszę dmuchać, była jednoznaczna: - Nie wyobrażam sobie rozpoczęcia tak ważnego procesu bez oskarżonego - podkreślił. - Na tym etapie jego udział w rozprawie jest obowiązkowy. Dlatego na kolejny termin zostanie doprowadzony przez policję.

Do sądu przychodzi za to drugi oskarżony - Jacek D. oraz liczni poszkodowani, którzy wciąż nie tracą nadziei, że w sprawie tej zapadnie sprawiedliwy wyrok, a oni odzyskają chociaż część utopionych w Galbeksie pieniędzy. Wpłacając zaliczki na poczet mieszkania stracili oni zwykle od 100 do 200 tys. zł, jednak rekordzista utracił prawdziwą fortunę - 480 tys. zł (miał zapłacić 560 tys. zł, ale wstrzymał ostatnie zaliczki). Jest to łódzki przedsiębiorca Andrzej S., który prosi, aby nie podawać jego nazwiska.

- Galbex miał mi wybudować dwa mieszkania wielopoziomowe przy ul. Sanockiej: dla mnie i żony oraz dla córki - wspomina. - Wprawdzie prace budowlane coraz bardziej się opóźniały, to jednak szefowie Galbeksu zapewniali mnie, że wszystko jest w porządku i że mieszkania będą, a nawet jeśli nie, to mam się nie martwić, gdyż oni są ubezpieczeni i w razie krachu firmy znajdą się pieniądze dla jej klientów. Stało się inaczej i Galbex ogłosił upadłość. Byłem załamany. Zostałem bankrutem. Popadłem w depresję. O mało nie wylądowałem w szpitalu psychiatrycznym.

Aby się ratować i wyjść z dołka, pan Andrzej wziął kredyt pod zastaw swej firmy, który spłaca do dzisiaj. Na tym jego kontakty z Galbeksem się nie skończyły, bowiem pewnego dnia odwiedziła go matka oskarżonego Przemysława C.

- Przyjechała do siedziby mojej firmy - opowiada Andrzej S. - Oznajmiła, że ma dobre kontakty z... prezydentem Kazachstanu i zaproponowała mi, że jeśli zrezygnuję z roszczeń wobec Galbeksu, to ona załatwi mi lukratywne, niezwykle dochodowe kontakty z firmami kazachskimi. Moim zdaniem była to bezczelna propozycja palcem na wodzie pisana. Potraktowałem ją jako kolejną próbę wyłudzenia ode mnie pieniędzy i oczywiście ofertę matki pana C. od razu odrzuciłem.

Kolejna ofiara Galbeksu to profesor ekonomii Ryszard Zieliński przez wiele lat związany z Politechniką Łódzką, który stracił 147 tys. zł.

- Były to pieniądze, które wpłaciłem na 3-pokojowe mieszkanie o powierzchni 64 mkw. przy ul. Okoniowej - wyjaśnia. - Był rok 2000. Zależało mi na pośpiechu, bowiem moja żona ciężko chorowała i chciałem jak najszybciej przeprowadzić się do nowego mieszkania, w którym miałaby swój pokój. Regularnie, co trzy miesiące, wpłacałem transze w wysokości 12 - 15 tys. zł i raz w tygodniu jeździłem na ul. Okoniowią, aby zobaczyć, jak prace przebiegają. Po pewnym czasie z niepokojem zauważyłem, że ekipy budowlane co rusz się zmieniają. Dowiedziałem się, że szefowie Galbeksu nie płacili wykonawcom robót, którzy rezygnowali i na ich miejsce przychodzili nowi wykonawcy. I tak w koło Macieju. Oskarżonym chodziło zapewne o to, aby pokazać, że roboty wciąż trwają i aby zwabić jak najwięcej klientów.

Niestety, żona profesora nie doczekała się upragnionego mieszkania - zmarła w 2002 roku. Tymczasem jej mąż wdowiec nie tracił nadziei, że jednak wprowadzi się do nowego lokum. Stało się jednak inaczej.

- Oskarżony Przemysław C. do samego końca zapewniał mnie, że mieszkanie będzie. I do ostatniej chwili ustalałem z nim zmiany we wnętrzach nowego lokalu - mówi profesor Zieliński. - Niestety, w 2003 roku Galbex ogłosił upadłość i wszelkie nadzieje na nowe mieszkanie prysnęły.

Wśród poszkodowanych jest także Daniela Matray, która przez Galbex straciła 102 tys. zł. Były to zaliczki na poczet mieszkania, które najpierw miało być wybudowane na Janowie, a potem - po zmianie lokalizacji - przy ul. Suchej.

- Sprawa Galbeksu, która kosztowała mnie wiele zdrowia i nerwów, była dla mnie dużym wstrząsem - przyznaje pani Daniela. - O tym, że zaczyna dziać się coś złego, świadczyła przeprowadzka siedziby Galbeksu: z eleganckiej kamienicy przy ul. Piotrkowskiej do biurowca przy ul. Łagiewnickiej, gdzie standard był gorszy i dało się zauważyć brak personelu, co wskazywało na poczynione oszczędności. Znamienne było także to, że oskarżony Przemysław C. w nowej siedzibie zaczął unikać ze mną kontaktu. Cóż, efekt był taki, że zostałam oszukana, nie dostałam nowego mieszkania i wciąż mieszkam w tej samej kamienicy czynszowej.

Wiesława Jóźwiak straciła w Galbeksie 94 tys. zł.

- Były to przedpłaty na mieszkanie o powierzchni 65 mkw. przy ul. Suchej - wyjaśnia. - Dodatkową atrakcją miał być taras na dachu z zielonym ogrodem. Szefowie Galbeksu zapewniali mnie, że blok z mieszkaniem powstanie, ale nic z tego nie wyszło. Dla mnie był to wstrząs. Wciąż nie mogę się pogodzić, że w taki sposób zostałam oszukana. Wciąż to przeżywam, mimo że upłynęło ponad 10 lat.

Podobnie jak przedsiębiorca Andrzej D., który stracił prawie 160 tys. zł. Były to raty na nowe mieszkanie przy ul. Okoniowej. Bardzo na nie liczył, gdyż mieszkał z żoną i dzieckiem kątem u teściowej. Spotkał się z oskarżonym Jackiem D., który - jak podkreśla biznsemen - w żywe oczy kłamał i zapewniał, że mieszkanie będzie.

Na ofertę Galbeksu nabrała się też Janina W., wdowa po oficerze armii gen. Władysława Andersa, który przeszedł z nią cały szlak bojowy i został odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Po wojnie wrócił do Polski, osiedlił się w Łodzi i ożenił z panną Janiną, którą poznał przed wojną w Wilnie. Zamieszkali w dużym mieszkaniu przy ul. Piotrkowskiej. Gdy oficer zmarł, wdowa po nim sprzedała zbyt duży dla niej lokal. Uzyskane pieniądze wpłaciła Galbeksowi. Był to błąd, gdyż nigdy już nie ujrzała ani gotówki, ani obiecanego mieszkania. Została bez dachu nad głową. Świat się jej zawalił. Nie doczekała się procesu obu deweloperów. Zmarła w domu opieki społecznej.

Podobne były losy Tadeusza Mikruta, który podczas drugiej wojny światowej służył w marynarce wojennej i osłaniał konwoje alianckie do Murmańska w północnym Związku Radzieckim. Po wojnie osiadł w Holandii. Założył rodzinę. Doczekał się emerytury. Wciąż tęsknił za Polską. Na początku lat 90. przeprowadził się do Warszawy. Kupił tam mieszkanie, ale chciał być bliżej rodziny w Łodzi. Sprzedał więc lokum w stolicy i wpłacił na konto Galbeksu ponad 140 tys. zł na 60-metrowe mieszkanie. Stracił wszystko. Załamał się. Trafił do domu starców w Bytomiu na Śląsku, gdzie też miał rodzinę.

- Losy poszkodowanych to pasmo udręki i tragedii - przyznaje oskarżyciel posiłkowy Krystyna Waśniowska, szefowa Stowarzyszenia Osób Poszkodowanych przez Galbex, liczącego 98 osób, która w firmie oskarżonych straciła 126 tys. zł. - Pamiętam jak w 2003 roku oskarżony Przemysław C. powiedział nam poszkodowanym, że niepotrzebnie kołaczemy do drzwi sądów i prokuratury, gdyż niczego nie wskóramy, bowiem szefowie Galbeksu mają dobrych prawników i nigdy z nimi nie wygramy. Cały czas mam nadzieję, że jednak się mylił, że szefowie Galbeksu zostaną uznani za winnych i będą skazani.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie