MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Jak się żyje w sanatorium? Wspomnienia z Ciechocinka

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Wideo
od 16 lat
Ciechocinek to jedno z najpopularniejszych polskich uzdrowisk. Ma swoich wiernych miłośników, którzy odwiedzają miasto nawet dwa – trzy razy do roku.

Wspomnienia z sanatorium

Ciechocinek to kurort, do którego zjeżdżają kuracjusze z całej Polski. Popołudniami parkowymi alejkami krążą starsi, młodsi, panie, panowie. Już koło godziny 16.00, a więc gdy kuracjusze są już po zabiegach i obiedzie, zaczynają się „fajfy”, czyli popołudniowe potańcówki. Z uchylonych drzwi lokali dobiega muzyka. Na parkiecie w takt muzyki granej często przez orkiestry, szaleją starsze panie, które jeszcze niedawno narzekały, że ledwo chodzą. W jednej z restauracji, przy deptaku, trwają już przygotowania do wieczornej potańcówki. Wchodzą dwie panie, po sześćdziesiątce, elegancko ubrane i pytają czy mogą zarezerwować stolik na wieczór.

- Jeszcze zostało kilka miejsc – informuje pracownik restauracji.

Panie mają szczęście. Wolny jest stolik przy miejscu do tańczenia. Zadowolone wychodzą z restauracji.

od 16 lat

Taniec jak terapia

O sanatoryjnym życiu krążą legendy. Ci, którzy wcześniej ich wysłuchiwali, a potem choć raz leczyli się w polskim uzdrowisku, już wiedzą, że jest w nich wiele prawdy....Życie wielu kuracjuszy upływa na zabiegach, sanatoryjnych posiłkach, spacerach, często romantycznych i oczywiście tańcach.

- Tak się wszyscy dziwią, że popularnością cieszą się potańcówki, ale moim zdaniem taniec to jeden z elementów sanatoryjnej terapii! - zapewnia Wojtek, 67-letni inżynier spod Łodzi.

Sam był dwa razy w sanatorium i musi przyznać, że nie było wieczora, którego by nie spędził na tańcach. Raz pojechał do Krynicy Górskiej, wiosną. Już pierwszego dnia na stołówce spotkał sympatyczną panią ze Śląska. Miała na imię Krystyna. Była trzy lata od niego młodsza. Szczupła, niewysoka blondynka. Umówili się wieczorem na spacer, przechodzili koło restauracji z potańcówką. Postanowili wejść i potańczyć. Okazało się, że Krystyna, tak jak Wojtek znakomicie rozumieją się na parkiecie. Spotykali się tak do końca pobytu w Krynicy. Dużo też rozmawiali, spacerowali.

- To były zupełnie niezobowiązujące spotkania, ona była mężatką, ja szczęśliwym mężem – zapewnia Wojtek. - Nawet nie pomyślałem, że przez tę znajomość będę miały tyle problemów.

Wojtek wrócił do domu i po kilku dniach zadzwonił telefon. To był mąż Krystyny. Zaczął na Wojtka krzyczeć, że nie życzy sobie jakichkolwiek kontaktów z jego żoną.

- Pewnie znalazł mój numer w jej komórce – dodaje Wojtek. - Wymieniliśmy się numerami, ale zupełnie niezobowiązująco. A on takie awantury robił!

Krystyna nigdy do niego nie zadzwoniła.. A Wojtek, gdy na drugi rok pojechał do sanatorium to też chodził na dancingi, ale bliższych znajomości już nie zawierał...

Wypoczynek na "fajfach"

Tymczasem w jednym z ciechocińskich lokali zaczynają się „fajfy”. Jedna z pań, wyglądająca jakby właśnie wyszła od fryzjera, tłumaczy, że w jej sanatorium za wejście na taką imprezę żądają cztery złote! Woli więc przyjść tu i zabawić się za darmo. Migają kolorowe lampy. Orkiestra gra „Miłość w Zakopanem”. Na parkiecie pojawiają się pierwsze pary. Kobieta wyglądająca na pięćdziesiąt kilka lat niecierpliwie na kogoś czeka, co chwile spoglądając w stronę drzwi. Ma na sobie czarną sukienkę, bez rękawów, wybijaną świecącymi cekinami, z dużym dekoltem. Po dziesięciu minutach na jej twarzy wreszcie pojawił się uśmiech. Do stolika doszedł niewysoki, łysy, korpulentny mężczyzna. Na ręce błyszczała mu obrączka. Ucałował ją w dłoń, potem w policzek. Chwilę posiedzieli i weszli na parkiet. W takt przeboju Lady Pank „Zawsze tam gdzie ty” czule się przytulali.
Dla 82-letniej Eleonory Nowak takie „podrywy” nie są niczym dziwnym. Niewysoka, szczupła emerytka z Łodzi, której figury mogłaby pozazdrościć niejedna dwudziestolatka, jest sanatoryjną weteranką. W sanatoriach była czterdzieści pięć razy, więc o życiu w uzdrowiskach wie niemal wszystko. Bywało, że jeździła do nich nawet dwa razy do roku. Ale ostatnio jest z tym gorzej. Skierowanie dostaje co dwa lata.

– Byłam już w prawie każdej sanatoryjnej miejscowości w Polsce! – dodaje z dumą.

Trudno jej wymienić wszystkie, ale leczyła się w Dusznikach Zdroju, Polańczyku, Iwoniczu Zdroju, Lądku, Busku, Kołobrzegu, Sopocie i oczywiście w Ciechocinku. Wspomnień zostało jej dużo. Wie, że najważniejsze są pierwsze dni w sanatorium. Panie patrzą na panów, panowie na panów.

Więcej pań, mniej panów..

Kazimierz z Piotrkowa niedawno wrócił z Ciechocinka. Nie lubi tańczyć, więc wszystkie dancingi i „fajfy” omijał z daleka. Ale kiedyś, gdy czekał na zabieg laserowy, bo ma chore kolana, spotkał starszego pana z Gdańska. Pochwalił się, że ma 82 lata.

- Wie pan, jestem od roku wdowcem – opowiadał mężczyzna przypadkowo poznanemu człowiekowi. - I wie pan, od razu odżyłem! Żona bez przerwy miała o coś pretensje, a teraz nikt mi nad głową nie gdera. Mam młodszą od siebie o 20 lat kochankę i wiem, że żyję

!

Bez zobowiązań..

69-letnia Bożena z Pabianic zaliczyła kilkanaście sanatoriów. Śmieje się, że w sanatorium wielu kuracjuszy zachowuje się, jakby byli spuszczeni z łańcucha.

– Gorsze są kobiety, dla wielu liczy się tylko to, by ktoś spodnie nosił – przekonuje. Przyznaje jednak, że sama że nie raz i nie dwa była na dancingu, ale zaznacza, że tylko w celach towarzyskich. Nie szukała „przygód”, czyli nie oglądała się za mężczyznami.

Wyglądała jednak atrakcyjnie, więc mężczyźni sami do niej ciągnęli.

– Miałam wtedy męża, nie chciałam żadnych chłopów – mówi pani Bożena, która od pięciu lat jest wdową.

Dwa lata temu w Kołobrzegu poznała pewnego miłego pana, który wpadł jej w oko. Chodzili razem na spacery, wieczorem do lokalu potańczyć.

– Ale nic więcej! – zaznaczała.

Po sanatorium przyjechał do niej do Pabianic, ona była u niego w Sieradzu. Ale od roku nie mają kontaktu. Słyszała, że Wiesław, emerytowany wojskowy poznał u siebie w Sieradzu jakąś wdowę. Podobno już razem mieszkali.

– Tłumaczył, że do Pabianic ma za daleko – tłumaczy Bożena.

Krzysztof, przystojny wdowiec spod Zgierza, który nie wygląda na 72 lata, wie że w sanatoriach odbywają się regularne polowania na drugą połowę. Od dziesięciu lat jest w nich stałym bywalcem. Mężczyźni mają duży wybór. Zwykle na stu kuracjuszy jest osiemdziesiąt pań, a tylko dwudziestu panów. Niektórzy czują się jak królowie polowania.

Przed laty w Polanicy Zdrój mieszkał z 75-letnim kombatantem. Urodziwy nie był, ale za to bogaty. Chwalił się, że ma trzy tysiące emerytury. „Szprycował” się viagrą, a potem na dancingu „zarywał” babeczki. Upatrzył sobie w końcu taką Stenię z Płocka. Męczył ją niesamowicie, a końcu zostawił. Do końca turnusu zaliczył jeszcze z cztery kuracjuszki...

Krzysztof potwierdza, że dansingi czy też „fajfy” są największą atrakcją sanatoryjnego życia. Dancingi są czasem w sanatoryjnej świetlicy. Pani świetliczanka, czyli kobieta z kawiarni, puszcza muzykę z magnetofonu. Albo idzie się do knajpy. Tam często grają zespoły, jest wodzirej. Panie przychodzą na imprezę ufryzowane, pachnące. Wyglądają jak te aktorki, które na ceremonii wręczenia Oskarów idą po czerwonym dywanie.

– Choć niektóre pamiętają cesarza Franciszka Józefa! – śmieje się.

Mniejszy rygor

Od sześciu lat Krzysztof jest wdowcem, ale nie myśli o jakiś przygodach. Choć dobrze z jakąś panią iść na spacer brzegiem morza, albo wieczorem na potańcówkę. Kiedyś na dancingu poderwał Zosię. Ale spodobała się Józkowi, koledze z pokoju.

Fajna ta ruda! – mówi mu Józek, więc poznał go z Józią.

Zostali parą, spotykali się też po powrocie do domu. Ona była rozwiedziona, on w separacji. Tylko po kilku miesiącach separacja się skończyła i Józek wrócił do żony. Józia została sama, ale nie na długo. Pojechała za rok do sanatorium i poznała Stanisława...
Pani Eleonora zauważa, że w sanatorium jest teraz o wiele mniejszy rygor niż przed laty. Kiedyś pielęgniarki chodziły po pokojach, sprawdzały czy nikt nie szaleje, nie pije wódki. Jak ktoś „zabalował” to drugi dzień pakował walizki i szedł na dworzec. Teraz nikt niczego nie sprawdza, każdy robi co chce. Piją wódkę, nie raz i wieczorem hałasują. Krzysztof dodaje, że gdy zbierze się zgrana paczka, to po dancingu wracają do sanatorium, zbierają się w jednym pokoju i impreza trwa dalej.

Wódki nikt nie żałuje – dodaje.

Eleonora mówi wprost: leje się strumieniami. Zapamiętała pięciu facetów z Białegostoku, którzy byli z nią w Kołobrzegu. Tak szaleli, że nie mieli za co do domu wrócić. Ale pewnie nie każdy kuracjusz prowadzi takie życie....

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki