Jezus i bałwanek odwiedzają bloki, czyli estetyczna wojna o osiedla

Hanna Gill-Piątek
Hanna Gill-Piątek
Hanna Gill-Piątek Krzysztof Szymczak/archiwum Dziennika Łódzkiego
Już od dawna w centrum Łodzi rozgościły się wielkoformatowe murale. W zróżnicowanym, gęsto zabudowanym krajobrazie, w którym rzadko otwiera się szerszy widok, ich obecność jest miłym zaskoczeniem dla oka. Podczas spaceru można przystanąć i przyjrzeć się dokładnie. Zwykle jednak mijamy je szybko, a kontakt z nimi nie trwa dłużej niż chwilę. Główną cechą łódzkich murali jest to, że nie mówią zbyt wiele. Są artystyczną wizją, czasem po prostu ładną, czasem liryczną lub nieco turpistyczną: tu stara twarz, tam oderwana głowa czy odmalowane z anatomicznymi szczegółami serce. Nawet jeśli komuś niezbyt przypadną do gustu, to ich obecność nie razi, wplatają się migawkami w pejzaż miasta.

Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy takie malowidło powstaje na modernistycznym blokowisku. To właśnie stało się na Retkini, gdzie właśnie umieszczono je na 35-metrowej ścianie wieżowca przy Wyszyńskiego. Miejsce jest wyeksponowane, widoczne z wielu punktów i z dużej odległości. Nie da się go ominąć wzrokiem jadąc do pracy, robiąc zakupy, odprowadzając dzieci do pobliskiej szkoły, wyglądając przez okno w okolicznych blokach. Mural dominuje nad pejzażem, wśród surowych brył wyrywa się żywymi kolorami.

Łódzkie murale zawdzięczamy głównie fundacji Urban Forms. Zwykle nie są unikalne, artyści, którzy je tworzą, rozsiewają podobne lub wręcz identyczne dzieła po ścianach Europy i całego świata. Jednym z nich jest Inti, twórca wielkiego malowidła na Retkini. Inti maluje zwykle coś w rodzaju ludka-bałwanka otoczonego różnymi atrybutami: czaszkami, krzyżami, kozami. Ludek-bałwanek jest obywatelem świata, znajdziemy go w Boliwii, Bejrucie, Oslo, w Łodzi zamieszkał już na ulicy Pułku Strzelców Kaniowskich. Mnie się podoba, ale rozumiem, że nie każdemu musi.

Mieszkańcy Retkini żywo zaprotestowali przeciwko projektowi. Nic dziwnego, skoro decyzja została podjęta pomiędzy władzami spółdzielni, plastykiem miasta i fundacją. "Nie musimy pytać mieszkańców o zdanie" - to jedyny komunikat, który przedostał się od tej trójki do mediów. Przyznam, że takie podejście nieco mnie zaszokowało. Zapewne żaden z decydentów nie będzie musiał muralu oglądać na co dzień. Elementarna przyzwoitość nakazywałaby przeprowadzenie choć skromnych konsultacji. Nie mówiąc o tym, że podobno stajemy się miastem aktywnych obywateli, których w bardziej błahych sprawach władze zachęcają do wyrażenia swojego osądu.

Być może mural Intiego wygrałby taki plebiscyt. Wiele osób jest na "tak". Protestującym media próbowały przylepić łatkę moherów, bo niektórym obraz kojarzył się z Jezusem. Nic dziwnego, mnie też się kojarzy. Postać trzymająca na ręku małą kózkę budzi prawidłowe konotacje z popularnym w ikonografii katolickiej obrazem Chrystusa niosącego baranka. Rozumiem społeczne oczekiwanie, żeby chociaż z grubsza wyjaśnić intencje artysty. Szkoda, że tak się nie stało.

Rewersem tej sprawy jest projekt warszawskiego artysty, Pawła Althamera, który wraz ze swoimi sąsiadami z osiedla na Bródnie postanowił przerobić podobny wieżowiec na autentyczną postać Jezusa. U góry wystawałaby z dachu gigantyczna głowa, z boków kolosalne błogosławiące ręce. Wszystko realistyczne do tego stopnia, jakby postać miała wychodzić z wnętrza bloku.

Bródno przypomina bardziej łódzki Teofilów niż Retkinię i też zaczyna powoli odzyskiwać swój charakter i tożsamość. Althamer pracuje z lokalną społecznością od wielu lat. Na Krasnobrodzkiej mieszkańcy ułożyli w swoim bloku napis "2000" zapalając i gasząc światła, razem z artystą postawiono pomnik Panu Gumie, lokalnej sławie, powstał klatkowy klubik i wspólne zdjęcie w Parku Bródnowskim. Gigantyczny Jezus jest owocem pracy z seniorami. Projekt - najdelikatniej mówiąc - jest co najmniej wątpliwy estetycznie. Ale akceptowany społecznie. No i klops, cały mój wywód o vox populi tu upada.

Może zatem zostawić osiedla tak, jak były zaprojektowane: jako jasne czyste bryły, które w zamierzeniu architektów wpisują się w zieleń. Taki był zamiar modernistów projektujących spójne zespoły "maszyn do mieszkania". Bez ohydnych tęczek, wymalowanych daszków, rybek pływających między oknami, którymi samowola spółdzielczych władz "ozdabiała" je w latach 90. To one otworzyły drogę bałwankom i Jezusom, które bardziej podzielą mieszkańców niż połączą. Takie działania niszczą jednym ruchem osiągnięcia dialogu społecznego, do którego staramy się przekonać łodzianki i łodzian. Szkoda.

Hanna Gill-Piątek

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
jest złem społecznym
do likwidacji razem z ich jezusem zwanym chyba chrystusem
ł
łodzianin
Bravo, pani redaktor , dostrzegła pani różnicę pomiędzy pstrym, małomiasteczkowym zdobieniem a harmonią brył i przestrzeni. Oby tak dalej:).
o
ok
marudzi Pani i tyle. Łódź sie zmienia i jest dla mnie ok!:)
Dodaj ogłoszenie