"Player One" Stevena Spielberga - jedna wyobraźnia dla każdego [RECENZJA]

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Warner Bros. Entertainment
Na ekrany kin weszła najnowsza produkcja Stevena Spielberga – „Player One”, na podstawie bestsellerowej powieści Ernesta Cline’a. Złote dziecko filmu przypomina, że kino to przede wszystkim wielka radocha.

Popkultura pożarła świat, co – wbrew sugerowanej przez nią różnorodności – prowadzi do ujednolicenia postrzegania rzeczywistości i priorytetów oraz dyktatury, delikatnie mówiąc, nie najmądrzejszych. O oczywistej tyranii mamony nie wspominając. Ba, dziś nawet ci, co mają się za postępowych, nowoczesnych i inteligentniejszych od większości myślą stadnie.

Steven Spielberg, jeden z najbardziej odpowiedzialnych za globalny rozkwit i nadanie znaczenia temu, co popularne, nie kryje tego, co uczynił, ale i zarazem nieco się dystansuje od słuszności obranej drogi. Powszechność dostępu do najnowszych technologii jest wspaniała, ale tylko w realnym świecie da się dobrze zjeść - przyznaje. Wie jednak, że zaszliśmy już tak daleko, iż wolnomyśliciele musieli zejść do podziemia, a dla odwrócenia tendencji kreowanych przez zawłaszczające Ziemię koncerny konieczna jest rebelia. Lecz wielki i okrutnie bogaty reżyser nie byłby sobą, gdyby nie dostrzegał nadziei. W konsumentach.

Dojrzały Spielberg spogląda na własne życie i dokonania dając na ekranie swoje alter ego w postaci Jamesa Donovana Hallidaya, twórcy ogarniającej ludzkość wirtualnej krainy - OASIS, który u kresu życia pragnął wyhamowania nieopanowanego pędu postępu, ale spokojnie: nie jest to testament zgorzkniałego twórcy. Wręcz przeciwnie, mistrz rozrywki ponownie obudził w sobie dzieciaka i z młodzieńczą energią zrealizował totalną zabawę dla widza w różnym wieku, z dużą dawką sentymentu do lat 80. XX wieku.

Od rozbrzmiewającej w pierwszych scenach opowieści piosenki „Jump” Van Halen kino man może się bawić niezliczonymi cytatami, odniesieniami, przetworzeniami, nowymi inscenizacjami, pomysłowymi powiązaniami kopalni elementów z dorobku kina, muzyki, komputerowych gier. W każdym kadrze jest tyle związanych ze światową (czyli anglosaską) popkulturą zjawisk i bohaterów wydobytych na plan pierwszy oraz poukrywanych smaczków, że fanatycy będą mogli wielokrotnie przeglądać dzieło Spielberga klatka po klatce i dokonywać wspaniałych odkryć.

Dla mniej cierpliwych pozostają rozpasane, pochłaniające niczym wirtualne OASIS widowisko oraz dynamiczna akcja. Sama opowiastka jest – co prawda – cieniutka i w dużej mierze infantylna, a konstrukcja psychologiczna protagonistów zbudowana przy użyciu łopaty, ale warstwa wizualna, żywiołowość i niezmienna wiara reżysera w siłę oddziaływania kina rekompensują powierzchowności i dostarczają niemało frajdy.

Spielberg wykorzystuje wiele ze swoich ulubionych chwytów, ale ze świadomością, że i za to jest lubiany. Mamy więc młodego, zagubionego bohatera, który przechodzi duchową i etyczną inicjację, wkraczając w dorosłość podczas ratowania świata i budzenia się poczucia odpowiedzialności. Wśród pomocników zbawcy są przedstawiciele różnych kultur, sprytny dzieciak, a ich głównym przeciwnikiem jest sztywniak w garniturze, który szybko zapomniał, jak to dziecięciem był. I tak dalej. A wszystko to działa po raz kolejny i składa się na pierwszorzędny spektakl.

W 2045 roku, w którym rozgrywa się akcja filmu, realia istnienia są "do bani" (jakby dzisiejsze były dużo lepsze), dlatego mieszkańcy naszej planety łatwo dali się zawładnąć OASIS. Zakładając gogle i wkraczając do cyfrowego świata mogą stać się kim zechcą, do woli zmieniać fizjonomię, rozmiary i płeć, przeżywać upragnione przygody, prowokować niecne doznania, doskonale się zabawić lub po prostu znaleźć wypoczynek w przepięknych okolicznościach przyrody.

Jedynym ograniczeniem ma być wyobraźnia uczestnika przedsięwzięcia, choć przecież umówmy się - to jedna wyobraźnia dla każdego, stworzona, rozbudowywana i kontrolowana przez patrona OASIS, wciskająca wszystkich w gogle i tak samo zachęcająca do ucieczki przed nędzą codzienności. Takiej ucieczki jednak ludzie szukali od zawsze: czymże innym były literatura, malarstwo, muzyka i inne wytwory wrażliwości, czymże innym w końcu było i jest kino?

Ciesząc oczy i uszy, przeciągając widza po różnych krainach OASIS, Spielberg dokonuje jednak istotnej w jego kontekście wolty – ucieczka, mimo że porywająca, możliwa nie jest. Wcześniej czy później trzeba będzie w „realu” stanąć twarzą w twarz ze swoimi problemami, spotkać człowieka, pokochać prawdę nie awatara. Życie jest tu.

71-letni Steven Spielberg nie ma wątpliwości – warto choć na dwa dni w tygodniu wylogować się z internetowego i popkulturowego raju. By mieć z kim się naprawdę pocałować.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie