Ser, jajka, wiersz, wolność

Joanna Leszczyńska
Zdzisław Jaskuła i Sława Lisiecka
Zdzisław Jaskuła i Sława Lisiecka Krzysztof Szymczak
Udostępnij:
On poeta i reżyser teatralny, ona tłumaczka literatury niemieckiej. W PRL-u ich słynne mieszkanie gościło ludzi myślących niezależnie, nierzadko kontestatorów ówczesnej rzeczywistości. Tu znajdowali schronienie przed peerelowską propagandą, dyskutowali otwarcie na temat sztuki i polityki - portret łódzkiego małżeństwa Sławy Lisieckiej i Zdzisława Jaskuły.

Zdzisław Jaskuła, 56-latek o długich włosach, o którym jeszcze w owych zamierzchłych już czasach kolega napisał pieśń "Jaskuła, kochanka mas", ma świadomość własnej legendy. Sława, ładna blondynka, chyba jest trochę w jego cieniu. Niesprawiedliwie.

Ale niedawno sprawiedliwości stało się zadość. 3 maja prezydent Lech Kaczyński przyznał obojgu Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Zapytani, jak dziś wspominają PRL, nie zaczynają mówić o esbeckich szykanach ani trudnościach codziennego życia. To była, oczywiście, prawda, ale...

- To była nasza młodość - mówi Sława Lisiecka. - Dla mnie piękny czas, kiedy kwitłam jako kobieta, czas wielkiej miłości...
Niedogodności życia nie miały dla nich specjalnego znaczenia. Nie musieli wystawać w tych strasznych kolejkach. Wystarczało im proste jedzenie: sery, jajka, a to dało się kupić. Ważniejsze było to, że wtedy bardziej można było na ludzi liczyć niż dziś, kiedy człowiek człowiekowi wilkiem, albo... szczurem -jak mówi Jaskuła. Ludzie się do siebie tulili, byli sobie potrzebni.

Na słynne listopadowe urodzino-imieniny Sławy i Zdzisława przychodziło nawet 250 osób. Część zostawała na noc. Mieszkanie było duże, ponad 100-metrowe, ale i tak sztuką było pomieścić tych, którzy musieli lub chcieli zanocować. Goście spali zatem na podłodze, w łazience i kuchni, a nawet w szafie. Na szczęście po wszystkich dużych imprezach znajomi pomagali gospodarzom posprzątać.

Zdzisław Jaskuła i Sława Lisiecka: Benn od oświeceniowego weryzmu do metafizycznościi świata

Dom otwarty

Poznali się w 1974 roku u wspólnego kolegi, Zbyszka Dominiaka. Zdzisław, wówczas student łódzkiej polonistyki, od razu zwrócił uwagę na ładną dziewczynę. Nie wiedział, że jest lektorką języka niemieckiego na Uniwersytecie Łódzkim, ani tego, że to... jego lektorką. Po prostu nie poszedł jeszcze na żadne zajęcia, ale od kolegów wiedział, że jest wymagająca. Ponieważ Zbyszek spyta! go z ciekawości, kto ma z nim niemiecki, Zdzisław ze szczerością wypalił, że to jakaś straszna zołza z piątką dzieci. Tą "zołza", czyli Sława, siedziała naprzeciwko niego...

Sława jeszcze dziś się z tego śmieje i dodaje: - Dziecko miałam jedno, a rzeczywiście dużo wymagałam.

Szybko zamieszkali razem. Wynajęli mieszkanie przy ul. Wschodniej. Sława nieźle zarabiała. Kiedy się poznali, Zdzisław, choć cztery lata młodszy, był dojrzalszy politycznie. Miał już za sobą kontakty z "Ruchem", tajną niepodległościową organizacją, działającą w drugiej połowie lat 60., znał się z Jackiem Bierezinem, poetą zbuntowanym. Wtedy wszedł w orbitę zainteresowań SB. Związał się też z poetami Nowej Fali w Warszawie, dla których pokoleniowymi przeżyciami były marzec 1968 i grudzień 1970. Sława, niegdysiejsza uczestniczka studenckich strajków w marcu 1968 roku, żyła wtedy z dala od polityki, zajęta pracą, domem i wychowywaniem córki.

Mieszali w centrum, toteż znajomi ciągle wpadali. Bywało, że zasiadywali się na trzy godziny, a bywało, że na cztery dni. Nie pamiętają, kto nazwał ich dom "salonem", ale zapewniają, że to nie oni.

Skąd wziął się pomysł otwartego domu? Może z tego, że Zdzisław zazdrościł francuskim egzystencjalistom kawiarnianych dyskusji.

- Nasz dom był podobny do takiej kawiarni - mówi Zdzisław Jaskuła. - Poeta czytał wiersze, muzyk grał, dyskutowaliśmy o wydarzeniach w kulturze, oczywiście też w polityce. To był dom otwarty na różne, jakbyśmy dziś powiedzieli, projekty artystyczne. Sztuka nie może się rozwijać w niewoli. Ona się wiąże z wolnością, a wolność z polityką.

W ich domu byłą wolność, nie było cenzury. Przychodzili poeci zaangażowani politycznie i zupełnie stroniący od polityki, jak Andrzej Babaryko, liryk, piszący o samotności i Bogu. Przychodzili ludzie związani z opozycją. Zdzisław najmilej wspomina nieustające rozmowy. Nie dyskutowali o tym, jak obalić przemocą ustrój, bo byli wiernymi uczniami Jacka Kuronia, który uważał, że świat należy zmieniać małymi krokami, poprzez uświadamianie ludzi. Zresztą polityka nigdy nie była u nich głównym tematem. O tym się rozmawiało głownię w domu Witka Sułkowskiego oraz Ewy i Jacka Bierezinów, związanych z KOR-em.

Przyjeżdżali też zagraniczni pisarze, poeci, korespondenci zachodnich mediów, dzięki czemu Sława mogła rozmawiać po niemiecku, byli nawet... niemieccy terroryści. Bywało, że nie znali swoich gości, bo gościli nieraz znajomych. Niejeden snobował się, że u nich bywał.
Ale kiedy esbecja zaczęła chodzić niektórym po piętach, odsuwali się.

- Nieraz wywieszaliśmy kartki na drzwiach, że dzisiaj nie wpuszczamy, albo nie reagowaliśmy na dzwonek, kiedy byliśmy zmęczeni, co spotykało się z moralnym potępieniem znajomych - wspomina Sława Lisiecka.

Zdzisław Jaskuła nie żyje. Łódź straciła ambasadora swojej kultury [POŻEGNANIE]

Donosy dozorczyni

"Grzeszne" życie lektorki niemieckiego i kontestującego studenta nie uszło uwadze esbecji i tym samym władzom uczelni. Poza tym na uniwersytet dotarły informacje, że para ma kolegia za zakłócanie spokoju podczas spotkań towarzyskich. W październiku 1975 roku Sławę wyrzucono z pracy pod nieprawdziwym zarzutem, że nie stawiła się na zajęciach. Kilka miesięcy później Zdzisław został skreślony z listy studentów pod pretekstem, że nie zaliczył przedmiotu.

- Jeśli chodzi o owe "zakłócania spokoju", to trochę w tym było prawdy, chociaż nie puszczaliśmy głośnej muzyki ani nie było krzyków - mówi pani Sława. -Ale wystarczyło, że tylu ludzi wchodziło do korytarza, pukało do drzwi.

Donosiła na nich dozorczyni. I jeden z sąsiadów, ale tylko raz. Starszy człowiek, którego esbecy złamali szantażem, że córkę, prawniczkę wyrzucą z pracy. Jego żona i córka były świadkami obrony Jaskułów. W ten sposób esbecja doprowadziła do konfliktu w rodzinie. Jaskuła pamięta jedno pytanie do ich świadka, nobliwej docent Jadwigi Lipskiej: "Czy przyjęcie było stacjonarne?" Zapytana nie zrozumiała. "To znaczy, czy ktoś chodził, czy stał?" - padło pytanie.

- W tej jednej sprawie poprosiliśmy o pomoc adwokata - mówi Jaskuła. - Jurek Szczepaniak, wtedy aplikant, świetnie sobie poradził, wzywając m.in. na świadka Marka Edelmana, który u nas gościł. Kara nie była wtedy tak wysoka, jak chciała esbecja.

Najgorszym przeżyciem było kolegium w Augustwie, gdzie wypoczywali. Nad ranem milicja otoczyła domek kempingowy i ich aresztowała. Chodziło o to, że nie zameldowali się na pobyt czasowy. A przecież przez kilka dni chcieli to załatwić, ale kierowniczka kempingu ciągle nie miała czasu. To była robota wydziału TV SB, który walczył z Kościołem. Zdzisław kontynuował wtedy studia polonistyczne na KUL. Ukarano ich wysoką grzywną - każdego po 5 tysięcy zł ze spłatą w ciągu dwóch dni. Grzywny łódzkich kolegiów też były wysokie. Na szczęście, często znajomi robili zrzutkę.

Dyrektor Teatru Nowego: Dzięki kulturze za rok-dwa to będzie inne miasto

Szlaban na wyjazdy

Nie myśleli o sobie, że są opozycjonistami. Po prostu mieli swoje poglądy. Niezależne od niczego. Uważali, że muszą w sobie wyrobić niezależność nawet od opozycji. Nie każdy apel podpisywali.

- Nie zagrzaliśmy miejsca w żadnych układach, do dziś jesteśmy "pomiędzy" i tak nam dobrze - mówi Sława Lisiecka.

Po wyrzuceniu z uczelni, poradziła sobie zawodowo: Sława dostała pracę w liceum plastycznym, po trzech latach została tłumaczem i prowadziła kursy językowe. Zdzisława szykanowano. Miał zakaz pracy, nie mógł publikować książek.

Represje wobec nich wzmogły się, kiedy w 1975 roku podpisali protest przeciwko rozszerzeniu konstytucji m.in. o zapisy o przyjaźni z ZSRR.
Poprzez Bierezina poznali Jacka Kuronia, Józka Śreniowskiego i związali się z KOR-em, pomagając łódzkim robotnikom po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Władza postawiła im szlaban na wyjazdy zagraniczne. Nie mogli wyjechać nawet do "demoludów". Po raz pierwszy Sława wyjechała na Zachód w 1984 - do Austrii na kilkutygodniowe stypendium. Kiedy dostała nagrodę Karla Dedeciusa w Niemczech, z trudem dostała paszport, by ją odebrać. Warunkiem otrzymania paszportu na roczne stypendium w Darmstadt była współpraca z esbekami. Odmówiła kategorycznie. Pomogła dopiero interwencja pisarzy niemieckich i Sława wyjechała. Zdzisław wydawał swoje wiersze w drugim obiegu. Dawał korepetycje z polskiego.
Był to dom otwarty i rodzina otwarta. Wychowywali Milenę, córkę Sławy z jej pierwszego związku, córkę Jagusię, urodzoną w pamiętnym 1981 roku, a także przyjaciółkę Mileny, nad którą sprawowali opiekę prawną. Prawie domownikiem była też inna koleżanka Milenki, która u nich pomieszkiwała.

Łódź: w "Nowym" bez rozlewu krwi

Śmierć salonu

- Historia zamknęła tamten etap naszego życia - mówi refleksyjnie Zdzisław Jaskuła. - Salon umarł z chwilą pojawienia się pubów, gdzieś około 1992 roku. Nie było potrzeby zamykać się w domu.

Jaskuła, który po transformacji był przez pewien czas dyrektorem Teatru Nowego, przyznaje, że nie do końca rozumie ducha czasu, gdyż jest to duch komercyjny.

- Nie mogłem nigdy pojąć, że nie zawsze chodzi, by zrobić dobrą sztukę, ale o to, żeby ona się podobała lokalnemu kacykowi. Dziś mydłek i wazeliniarz znaczy więcej niż człowiek z charakterem - twierdzi Jaskuła, zajmujący się nadal reżyserią teatralną, adaptacjami, krytyką literacką, a także tłumaczeniami.
Sławie brakuje w Polsce tolerancji dla różnych odmian kultury, ale nie może narzekać na brak satysfakcji z pracy. Tłumaczyła m.in. utwory Ingeborgi Bachmann, Thomasa Bernharda, Hermana Hessego, Elfriedy Jelinek. Tłumaczenie książki Fryderyka Nietzschego "To rzekł Zaratustra", jakiego dokonała wspólnie z mężem, zebrało znakomite recenzje. Zdobyła wiele zagranicznych nagród.

Ordery od prezydenta ich zaskoczyły. Ale miło.

- Nagroda za nieustające bankiety - śmieją się. - No, bez przesady, trochę się narażaliśmy...

Jaskuła: - Jak patrzę w przeszłość, to widzę, że miałem fajne, intensywne życie. Już ono samo było nagrodą.

Dzieci teraz przyznają, że życie z salonem u boku było trochę niewygodne. Ale wtedy były zachwycone wolnością. Mileną jest aktorką w Jaraczu. Jagusia kończy anglistykę. Jaskułowie są już dziadkami. Dziadkami z legendą.»

Artykuł ukazał się w "Dzienniku Łódzkim" 12 maja 2007 roku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie