Boat people, czyli dlaczego warto wrócić do Łodzi

Hanna Gill-Piątek
Hanna Gill-Piątek
Hanna Gill-Piątek Krzysztof Szymczak/archiwum
Ostatnio zaczęłam zastanawiać się nad powodem, dla którego ponad sześć lat temu wróciłam do Łodzi. Decyzja z pozoru mało racjonalna, przez prawie dekadę spędzoną w Warszawie miałam się przecież całkiem nieźle.

Dobrze płatna praca, mieszkanie kupione na Bielanach w jednym z nowych osiedli górujących nad lotniskiem i lasem. Samochód, zagraniczne wakacje i cały pakiet oznak statusu charakterystycznych dla gwałtownie wtedy wzrastającej klasy średniej. Bez wątpienia miałam wszystko, na co jako samotna matka w Łodzi prawdopodobnie nigdy nie miałabym szansy.

Byłam jedną z pokolenia "boat people", fali łódzkiej emigracji z końca lat dziewięćdziesiątych. "Boat people" to pojęcie określające uchodźców z biednych krajów Trzeciego Świata, którzy z pomocą zaimprowizowanych łodzi uciekają do świata lepszych szans, bo choć trudno być nielegalnym imigrantem, każde życie jest dla nich lepsze. Porównanie jakże w tamtym okresie trafione. Łódź u progu nowego tysiąclecia była potransformacyjnym pobojowiskiem. Głównym pracodawcą był kolosalny bazar w Tuszynie. Absolwenci łódzkich uczelni, zwłaszcza artystycznych, nie mieli tu czego szukać.

Naszą łódką ratunkową był wtedy pociąg do Warszawy. Kilka lat później, kiedy tamtejszy rynek pracy nieco się zapełnił, rolę wehikułu wybawienia zaczęły pełnić tanie linie masowo eksportujące nas na przysłowiowy zmywak w Londynie. Różnica taka, że w Warszawie jeszcze mieliśmy szansę w pełni wykorzystać swoje wykształcenie, co na emigracji możliwe było bardzo rzadko. Póki się więc dało, wyjeżdżaliśmy masowo do stolicy, budując młody polski kapitalizm i wykształceniem zdobytym w Łodzi napędzając tamtejszy rynek.

Czemu więc wróciłam? Może się Państwo uśmieją, ale z powodu jakości i ceny codziennego życia. Bo z tego życia dobrze jest coś mieć. A trudno o tym mówić, kiedy na same dojazdy schodzi trzy godziny. Ze stosunkowo wysokich zarobków średnio co zostaje, bo kredyt na mieszkanie, opiekunka do dziecka, konieczność jedzenia w mieście, a i ceny tego, co można kupić na osiedlu, dalekie od przystępnych. O powrocie do Łodzi zadecydowała propozycja fajnej pracy - o wiele mniej płatnej, ale jak wszystko policzyć, korzystnej. Do tego mogłam mieszkać w centrum, w dość zielonej okolicy, gdzie podstawowe artykuły były tanie i dostępne zaraz obok.

Wariatka - pukali się w głowę znajomi - przecież Łódź jest brzydka i niebezpieczna. Owszem, wtedy nie było z tym najlepiej, ciemne czasy ekipy Kropiwnickiego były okresem stawiania okazałych oaz i wizytówek w morzu zaniedbanych ruin. Ale zaraz po przeprowadzce zaczęłam doceniać, że na spacer z psem mogę pójść w dresie i nikt na mnie krzywo nie patrzy. Od razu spadły wydatki na oznaki statusu, które w Warszawie szły w setki złotych, bo tu nie miało znaczenia, do jak drogiego fryzjera chodzę, ani jaką metkę ma moja kurtka.

Richard Wilkinson, brytyjski epidemiolog, który wraz z Kate Pickett napisał doskonałą książkę o niekorzystnych skutkach nierówności społecznych (w Polsce wyszła ona pod tytułem "Duch równości"), powiedziałby o mojej decyzji, że była spowodowana chęcią obniżenia stresu statusowego. Tego rodzaju stresu doznajemy, kiedy żyjemy w warunkach dużej konkurencji i musimy wkładać wiele wysiłku w tak zwany wyścig szczurów. Konsekwencje zdrowotne i społeczne życia w takie presji są ogromne i dotykają wszystkich szczebli drabiny społecznej. Im ta drabina wyższa, tym większe wskaźniki przestępczości, uzależnień, chorób, tym niższa długość życia. Złe skutki nierówności ponoszą również ci, którzy znajdują się na szczycie tej drabiny. Może to zaskakujące, ale to ich właśnie stres statusowy dogania najbardziej.

W centrum Łodzi paradoksalnie stres statusowy jest z mojej perspektywy znacznie mniejszy. Może i nie powodzi nam się tu najlepiej, ale za to różnice nie są tak kolosalne, jak w Warszawie czy Poznaniu. Poza tym Łódź naprawdę zmieniła się na lepsze przez te kilka lat. Nie wszystko robimy najlepiej, ale coś już nam wychodzi. Decyzje powrotu do Łodzi i osiedlenia się w centrum będą coraz częstsze. Na razie znam kilku podobnych mi szaleńców, ale żaden z nich nie żałuje.

Niemcy, którzy od trzydziestu lat dostrzegają i badają problem ucieczki z centrów miast, zidentyfikowali podstawowe czynniki, które decydują o tym, czy chcemy gdzieś mieszkać. Są to zieleń, czyste powietrze, miejsce do spaceru, brak tłoku, bezpieczeństwo, dobre warunki do wychowania dzieci oraz dostępność i cena produktów spożywczych. Niby proste sprawy, a jednak w szale stawiania szklanych wizytówek inne miasta kompletnie o nich zapominają i tracą mieszkańców na rzecz osiedli willowych puchnących na obrzeżach. Zanim zaczniemy na dobre wielką odnowę Łodzi, warto mieć to w pamięci.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

b
bip
Znam kilka osób które miały odwagę podjąć podobne decyzje i wrócić. Część uciekła przerażona, część została i walczy o normalne otoczenie.
Ale to prawda, mimo wszystko warto tu wrócić bo w Łodzi życie jest "realne" tak jak i problemy tego miasta. To wszystko stety niestety każe codziennie stawiać sobie ważne pytania. Tu nikt nie walczy o wolność dla mrożonych owoców.
Ł
Łodzianin
Pochwalić rządząca PO i panią prezydent.
A tak naprawde to te wypociny nie zasługują na żaden komentarz
Dodaj ogłoszenie