Teatr Wielki w Łodzi i „Grek Zorba”: Tańczyć, aż po życia kres!

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Balet „Grek Zorba” w Teatrze Wielkim w Łodzi
Balet „Grek Zorba” w Teatrze Wielkim w Łodzi Joanna Miklaszewska
Udostępnij:
Gdy wybieramy się na koncert Rolling Stonesów, pragniemy usłyszeć „(I Can’t Get No) Satisfaction”. I to niejednemu wystarczy, by uznać wieczór za bardzo udany. Podobnie balet „Grek Zorba” ma sukces zapisany w sirtaki - greckim pseudoludowym tańcu, tak kochanym na polskich weselach.

Sirtaki - ułożone do filmu „Grek Zorba” z 1964 roku, z wielką rolą Anthony’ego Quinna - ma taką moc i popularność, iż wystawiając balet z muzyką Mikisa Theodorakisa można pokusić się o inscenizację, w której tancerze przez większą część widowiska będą stali nieruchomo, a ostatni kwadrans i tak poderwie publiczność do owacji na stojąco. Na ekranie sirtaki tańczone jest ku pokrzepieniu serc po jakże „pięknej katastrofie”. W Teatrze Wielkim w Łodzi jest zapowiedzią niewątpliwego frekwencyjnego sukcesu.

Balet z librettem i w choreografii Lorki Massine’a wrócił na scenę łódzkiej opery po trzydziestu latach od polskiej prapremiery (oraz 41. od także prapremierowego pokazu w Polsce musicalu „Zorba” Johna Kandera) - oczywiście w nowej, odświeżonej, uwspółcześnionej wersji - jako teatralny pewniak i wypełnia to zadanie bez trudu. Premierowy pokaz zakończyły trzy bisy i innego rozwiązania nie ma: każde przedstawienie bisami będzie się kończyć. Lorca Massine, twórca ponad pięćdziesięciu baletów, swe być może ukochane (na pewno najpopularniejsze) dziecko traktuje z udzielającą się widzom czułością, trafnie wykorzystując pozytywne przesłanie, siłę przebojowości znanej na całym świecie kompozycji oraz emocjonalność greckiej muzyki, zwielokrotnioną tak wyjątkowym do niej zamiłowaniem notowanym nad Wisłą.

Nowe ujęcie zrealizowanego już w ponad trzydziestu krajach baletu to głównie podkreślenie jego uniwersalizmu, daru jednoczenia, ujmującej muzykalności, a także wzbogacenie o dzisiejszą energię, bezpośredniość przekazu, może i nawet nieco kosztem złożoności filozofii zawartej w słynnej powieści Nikosa Kazandzakisa - za zwizualizowanie odejścia od „książkowego” potraktowania tematu można wziąć kilka razy powtarzaną w spektaklu scenę odrzucenia w kulisy książki, którą próbuje czytać John...

STUDNIÓWKI W ŁODZI

Lorca Massine postawił na prostotę - choreografię trudno zaliczyć do wyrafinowanych technicznie (popisy zostawia się tu na bisy), ale dzięki temu jest to propozycja pełna poruszającej naturalności, bliska, trafiająca do widzów o różnej wrażliwości. Ze scenami imponującymi witalnością (szczególnie w układach zbiorowych) i „rozkładającymi” emocjonalnością (odejście Madame Hortense).

Balet Teatru Wielkiego cieszy konsekwentnym rozwojem i „Grek Zorba” to bezdyskusyjne zwycięstwo łódzkich tancerzy. Wspaniali są przede wszystkim soliści, z których każdy stworzył wyrazistą, charakterną kreację. W roli Mariny zjawiskowo zaprezentowała się Laura Korolczuk - tańcząca efektownie, wykonująca poszczególne elementy z piękną plastyką, zachwycająca również aktorsko. Klasą na scenie jest Dominik Senator (John); mocny, jakościowy występ dał Yuki Itaya (Manolios). Niełatwe wyzwanie miała Alicja Bajorek jako Madame Hortense, bo choć jej partia nie obfituje w spektakularne układy to stawia wysokie wymagania, swoją intensywność w przedstawieniu wyraża nie żywiołowością, ale tęsknotą i samotnością postaci, istotą jest oddanie gorzkiej jesieni życia złamanej ostatnimi chwilami radości - a artystka czyni to w wielce przejmujący sposób. Serca widzów kradnie rzecz jasna Zorba - Joshua Legge to nie tylko wielkie umiejętności (skacze, jakby chciał wyrwać Ziemię z orbity), charyzma, robiąca wrażenie aparycja, ale również ważna na scenie umiejętność wzbudzania natychmiastowej sympatii widowni. W tej interpretacji - także dzięki kostiumowi - to Zorba trochę z łódzkich Bałut albo warszawskiej Pragi, tym bardziej „nasz”... Dawno też nie widzieliśmy męskiej części zespołu baletu w tak dobrej, energetycznej formie.

ZOBACZ STUDNIÓWKI W ŁODZI

Wszystko zaś rozgrywa się w stonowanych, pasujących do bezpretensjonalnej wizji choreografa kostiumach i dekoracji autorstwa Zuzanny Markiewicz. Koniecznie trzeba odnotować, że za przekaz układu choreograficznego odpowiadała Anna Krzyśków, która była Mariną w łódzkim spektaklu z 1990 roku.

„Rzadko szczęście odczuwamy wtedy, kiedy jest naszym udziałem. Dopiero gdy przeminie, spoglądamy wstecz i nagle pojmujemy - niekiedy ze zdumieniem - jak bardzo byliśmy szczęśliwi” - pisał Nikos Kazandzakis w „Greku Zorbie”. Branie życie jakim jest, z jego wzlotami i upadkami, radość z tego, że dany jest nam kolejny dzień, przyjmowanie z uśmiechem tego, co teraz, zamiast roztrząsania tego, co było - w raczej straszącej nas niż wspierającej codzienności to czarowna sztuka. Sirtaki zatańczone z Zorbą i Johnem może nam dać ku temu siłę... A na pewno przyjemność.

CZYTAJ INNE ARTYKUŁY

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Dwaj Panowie Pingo - wystawa malarstwa Kołpanowicz&Cruz

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie